„Nomen omen” – recenzja

Recenzja książki „Nomen omen”.
„Nomen omen” przyciąga spojrzenie już samą okładką.

A zagłębiając się w lekturze, nim zdołamy spostrzec, okazuje się, że dotarliśmy do ostatniego zdania. I zaczynamy tęsknić za bohaterami i ich przygodami...

Główną bohaterką drugiej już powieści Marty Kisiel, jest dwudziestopięcioletnia Salomea Klementyna Przygoda. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że ma ona niebywałą zdolność do przyciągania wszelkiego rodzaju wypadków, mniej lub bardziej zagrażających zdrowiu lub życiu, przeżycie ćwierćwiecza jest w jej przypadku nie lada wyczynem. Dodajmy do tego jeszcze dość specyficzną rodzinę: matkę na lewo i prawo zachwalającą bujne walory córki i tkwiący w niej głęboko rozbuchany erotyzm, ojca mentalnie żyjącego w poprzedniej epoce i młodszego brata, który - jak to zwykle z młodszymi braćmi bywa - jest źródłem nieustannych trosk i chodzącą zakałą rodziny. Dziwi fakt, że dopiero w wieku 25 lat Salomea zdecydowała się opuścić tę wesołą, ale nader uciążliwą gromadkę i zamieszkać jak najdalej od nich (nie udało jej się wynieść na Madagaskar, musi więc zadowolić się wyprowadzką do Wrocławia - liczy się bowiem wyfrunięcie z gniazdka).

Okazuje się, że w przypadku Salki powiedzenie „gorzej być nie może” nie ma racji bytu, natomiast „z deszczu pod rynnę” doskonale charakteryzuje niemal całe jej życie. Opuściwszy rodzinny dom, panna Przygoda znajduje przyjazny kąt u pewnej starszej pani, zarekomendowanej jej przez dawną koleżankę ze szkoły. Na miejscu okazuje się, że owa staruszka jest osobą dość ekscentryczną i ma dwie siostry, które wyglądają jak jej kopie, a „przytulny kąt” mieści się w wiekowej willi, o której od dobrych kilkudziesięciu lat krążą po mieście wywołujące gęsią skórkę legendy. Na domiar złego - ni stąd, ni zowąd zjawia się Niedaś i Salka znów zmuszona jest mieszkać pod tym samym dachem z młodszym bratem. Zaczyna się robić coraz ciekawiej i mroczniej, ciemne chmury nadpływają nad Lipową i całe miasto... Kim są tajemnicze siostry Bolesne i jakie skrywają tajemnice? Co działo się przed laty w starej willi na Lipowej? Co łączy Breslau z czasów wojny ze współczesnym Wrocławiem? W co jeszcze wplącze się niezrównana Salka Przygoda? „Nomen omen” zaskoczy niejednego czytelnika.

Mimo objętości, powieść czyta się naprawdę szybko. Naszpikowana jest cytatami i odniesieniami do kultury wysokiej, popularnej - wszelakiej, co angażuje nasze szare komórki i stanowi niewątpliwy atut książki. Na każdym kroku znajdujemy płynnie wplecione w dialogi lub opisy tropy prowadzące do znanych utworów, budzące kolejne skojarzenia z książką, filmem, obrazem. Całości dopełnia niezwykle barwny język, jakim „Nomen omen” zostało napisane. Humor do spółki z ironią biorą w posiadanie każda niemal stronę, co rusz wywołując uśmiech lub zgoła nieprzystojny chichot. Jeśli szukacie sposobu na odpędzenie złego humoru, na dłużące się wieczory, na rozruszanie mięśni brzucha - polecam najnowszą książkę Marty Kisiel.

Agnieszka Piktel
(agnieszka.piktel@dlalejdis.pl)

Marta Kisiel, „Nomen omen”, Warszawa, Wydawnictwo Uroboros, 2014



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat