Podobno już kiedyś czytałam coś pani Szolc. Tak przynajmniej twierdzi moja mama, która – takie mam wrażenie – czasem lepiej wie, co już w moich łapkach było, a co jeszcze nie. Nie jest to zatem najlepsza rekomendacja, skoro twórczość autorki nie zrobiła na mnie wrażenia. Ba! Ja jej nawet nie zapamiętałam.
Po przeczytaniu „Strzeż się psa” wiem już dlaczego. Szolc w żaden sposób nie udało się podbić mojego serca. Ani tym, że „składała hołd psiej inteligencji”, ani tym, że tantiemy ze sprzedaży książki przeznaczyła na fundację „VIVA”.
Poznajcie Albrechta – dla przyjaciół Ala – bloodhounda, który wraz ze swoją pańcią Laurą mieszka na bogatym warszawskim osiedlu. Al, bez pamięci zakochany w swojej właścicielce, wybacza jej wiele, wiele znosi, ale też wiele widzi i bynajmniej nie zachowuje tego dla siebie, bo to właśnie on jest narratorem powieści. Laura to z kolei zapatrzona w siebie i prowadząca się niezbyt przykładnie kobieta, która doskonale pasuje do negatywnego stereotypu singla. Al wiedzie spokojne i monotonne życie do czasu, aż na „jego terenie” zaczyna dochodzić do serii zaginięć psów. Morderca musi zostać schwytany, zagadka rozwiązana, a zwierzaki zostawione w spokoju.
Zapowiada się dobrze. Muszę przyznać, że pomysł na powieść był świetny i chyba innowacyjny w polskiej literaturze. Szkoda tylko, że tak niewykorzystany. Można by z nim zrobić naprawdę wiele i naprawdę napisać dobrą książkę, a tak – powieść, która miała być kryminałem, stała się monologiem psa, który zamiast rozbawić i rozczulić czytelnika, wkurzał mnie cały czas swoim pseudointelektualnymi rozważaniami. Chyba oczekiwałam po tej książce czegoś innego, bo odwołania do Seneki i łacińskie sentencje w psim pysku zdecydowanie mnie nie bawią.
Główny bohater mnie wkurzał – był rozlazły i nudny, jak flaki w oleju. Jedyne, co go ratuje, to jego znajomość literatury i popkultury. Niejeden czytelnik będzie musiał sobie co nieco sobie przypomnieć, a może i uzupełnić braki w wiedzy ogólnej. Jednak z filozoficznymi rozważaniami autorka zdecydowanie przesadziła.
Sama forma książki też pozostawia wiele do życzenia. Teoretycznie – tak przynajmniej mówi podtytuł – miał to być kryminał. Ale koło kryminału to ta książka co najwyżej leży na półce w księgarni. Zagadki praktycznie tutaj nie ma, a i rozwiązanie pojawia się jakby przez przypadek.
Nie podobała mi się ta książka. Naprawdę. A czas na nią poświęcony, uważam za stracony. Jest dużo lepszych książek do przeczytania, których nie zdążyłam przeczytać, bo czytałam o seksualnych rozważaniach wykastrowanego czworonoga.
Anna Otlik
(anna.otlik@dlalejdis.pl)
Izabela Szolc, „Strzeż się psa”, Oficynka, Gdańsk 2011
Komentarze