Przez sto stron? Może przez sto pięćdziesiąt? Może nawet i dwieście, ale kiedy w książce liczącej sobie ponad 600 stron dochodzę do jednej trzeciej, a do tego momentu naprawdę nic istotnego się nie wydarzyło, to naprawdę tracę nadzieję, na to, że książka mnie do siebie przekona. Tak było właśnie w przypadku „Wichrów archipelagu” Bradleya P. Beaulieu, a do doczytania jego książki do końca, zmusiło mnie tylko poczucie recenzenckiego obowiązku.
Autor osadził akcję swojej powieści na archipelagu stylizowanym na carską Rosję, ale o ile wschodniość w jego wersji polegająca na wtrąceniach z języka rosyjskiego i popijaniu wódki może przekonać kogoś, kto nigdy nie był w Środkowowschodniej Europie, to dla mnie osoby, która mieszka tu od urodzenia, jest to mocno naciągane. Cały czas, czytając „Wichry archipelagu”, zastawiałam się, po co zabierać się za klimat, który zna się raczej z filmów, niż z doświadczenia?
Dalej wcale nie jest lepiej. W Kałakowie, gdzie toczy się akcja, panuje nieurodzaj, głód i śmiertelna choroba nazywana wyniszczeniem. A kiedy książęce rody spotykają się z okazji ślubu młodego księcia Nikandra i księżniczki Atiany, w wyniku zamachu dokonanego przez ognistego demona ginie przywódca wszystkich rodów z Archipelagu. Podejrzenia padają na lud Maharratów, którzy do złudzenia przypominają złych arabskich terrorystów i Aramanów, czyli lud bez ziemi, który potrafi przywoływać duchy natury (hezany), a zarazem jest tak uduchowioną i pragnący mądrości nacją, że przypominają mistrzów zen. W tym wszystkim znajduje się młody książę Nikanrd i otaczające go kobiety. Pierwsza to Rehada maharracka prostytutka, której oddał swoje serce, a która stoi po przeciwnej stronie barykady. Druga to Atiana jego przyszła żona, poślubiana w ramach kontraktu między rodami i trzecia jego ukochana , acz despotyczna siostra Wiktania, podobnie do niego chora na wyniszczenie. Żeby tego było mało u boku księcia pojawia się jeszcze autystyczny chłopiec (żeby jeszcze bardziej skomplikować sytuację syn Rehady) Nasim o ponadnaturalnych zdolnościach, z którym splecie się los Nikandra.
Cały ten pomysł może jeszcze miałby potencjał, gdyby pierwszych 250 stron tej książki nie zajmowały rozważania Nikandra nad jego nieszczęśliwym losem w kontraktowym małżeństwie, niesnaski pomiędzy Niknadrem a kochanką i narzeczoną, niesnaski pomiędzy Atianą i jej siostrami, opisy polityki pomiędzy rodziną Nikandra, a rodziną panny młodej, oraz polityką Archipelagu w ogóle i przynudnawe opisy statków. A można było te strony poświecić choćby na lepsze zarysowanie ogólnego planu książki. Niestety, autor najwyraźniej uznał, że będzie ciekawiej w odwrotnej kolejności.
Ponieważ rzecz dzieje się na występach rozrzuconych na archipelagu, u Bradleya P. Beaulieu zrodził się także pomysł, aby komunikacja pomiędzy nimi odbywała się statkami, które poruszają się w powietrzu napędzane siłą wiatru i hezanów przywoływanych przez Armanów. Ani nie jest to szczególnie oryginalny pomysł, ani nie został on dobrze wykorzystany. A opis sterowania powyższymi statkami, laikowi nie mówi nic. Może ich budową i działaniem zainteresowałby kogoś, kto żeglował na normalnych statkach, ale dla mnie były one tylko pogłębieniem bezdennej nudy w tej książce.
Na pocieszenie zdradzę, że akcja wreszcie się rozkręca... Przyznaję, że dawno się tak nie wynudziłam, więc „Wichry archipelagu” polecić mogę tylko, jeśli ktoś lubi niespieszną narrację, a dla pozostałych jako gwarantowany środek nasenny, bo „Wichry archipelagu” na pewno nie wzbudzą w nas takich namiętności i marzeń, które nie pozwolą nam spokojnie zasnąć.
Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)
Bradley P. Beaulieu, „Wichry archipelagu”, Prószyński i S-ka 2011
Komentarze