Specyficzny tytuł nadaje ton całej opowieści. To tutaj nowoczesność bezlitośnie zderza się z tradycją: fotowoltaika i Tesla sąsiadują z kurą i placem budowy, a korporacyjna ciasnota wielkomiejskiego życia z niespiesznym, zielonym pasem Beskidzkiej Kotliny. W te dwa koegzystujące światy niezbyt finezyjnie wkracza trzeci – realnie-nierealny, bo sama nie wiem, czy akcja dzieje się tutaj, za milion lat, czy może w zupełnie alternatywnej rzeczywistości. W ten osobliwy mikrokosmos, zawieszony gdzieś między wiejską codziennością a nieuchronnością końca, wprowadza nas szóstka bohaterów: Przybycześć, Dzierżykraj, Boguwłość, Zdziebąd, Świętożyźń i Sobieżyr.
Przez pryzmat ich losów Diablak dobitnie pokazuje, że pomimo współczesnych udogodnień, technologicznego blichtru i bezpiecznych cywilizacyjnych masek, żywioł zawsze upomina się o swoje. W obliczu nadchodzącej katastrofy – wody zalewającej dawne wsie – status społeczny traci na znaczeniu. Niezależnie od epoki i stanu konta wszyscy bohaterowie niosą w sobie ten sam mrok, wstyd i winę, podążając za pierwotnymi tęsknotami, których technologia nie potrafi ukoić.
Zamiast wszechwiedzącego narratora dostajemy niezwykle intymną, wręcz namacalną relację. Odczucia postaci osadzają się na ramionach czytelnika, jednak ta bliskość momentami ciąży. Przy całkowitym braku dialogów proza wymaga od pisarza ogromnej wprawy warsztatowej, której autorowi w moim odczuciu jeszcze trochę brakuje. Diablak prowadzi opowieść specyficznym, poetycko-technicznym językiem. Uderzeniowe, wręcz szarpane słowa niespodziewanie przeistaczają się tu w antropomorficzne, ciągnące się w nieskończoność wywody.
Próg wejścia w tę historię okazuje się wysoki – i to nie tylko przez techniczny żargon czy odwrócony szyk zdań, ale też przez samą konstrukcję utworu. To swoiste abecadło nieuchronnej apokalipsy prowadzi nas od punktu A do punktu Ż krótkimi rozdziałami, którym jednak daleko do dynamizmu. Przez swoją okrojoną formę sprawiają raczej, że z trudem brnie się naprzód. W tym strumieniu myśli, neologizmów i przenikających się światów można się zagubić. Całość przywodzi na myśl eksperyment z zakresu realizmu magicznego, z tą innowacyjnością, że osadzonego w dusznej i niezwykle swojskiej, bo słowiańskiej atmosferze.
Książka spodoba się czytelnikom poszukującym nieoczywistej literatury pięknej, w której autor nie boi się artystycznego ryzyka – nawet jeśli te formalne zabiegi nadal są poszukiwaniem. Dla mnie tej żonglerki formą było jednak za dużo. Jestem przekonana, że rozdzielając te pomysły na kilka osobnych opowieści, tekst zyskałby upragnioną lekkość i przestrzeń na oddech, wcale nie tracąc swojego unikalnego, pełnego marazmu charakteru.
Karolina Janetta
Józef Diablak, „O piątym żywiole srogie opowieści”, Novae Res, Gdynia, 2026.
Komentarze