„O psie, który uratował święta” – recenzja

Recenzja książki „O psie, który uratował święta”.
Przeciwności losu szansą na zmiany na lepsze?

Rodzina Gossów niespecjalnie wyróżnia się na tle pozostałych mieszkających w Traverse City. Tata Hunter walczy o awans i zarabia na dom, mama Juliana go ogarnia (i męża, i całą ferajnę), trzynastoletnia, przechodząca burzę hormonów córka Ello chodzi do szkoły, a kilkuletnie, zdecydowanie nadaktywne bliźniaki Ewan i Garrett do przedszkola. Senior rodu to przybity i wycofany dziadek Sander, który przeprowadził się niedawno do syna po śmierci żony.

Każdy jest zaaferowany swoimi sprawami i każdy jest na swój sposób… nieszczęśliwy. Wszystkie, tłumione, bądź skrywane do tej pory, emocje ulegają zwielokrotnieniu, gdy Juliana niespodziewanie ląduje w szpitalu, a pozostali domownicy muszą poradzić sobie zarówno z codziennymi obowiązkami, jak i zaniedbywanymi dotychczas relacjami.

Może się wydawać, że ten dość przygnębiający zarys nie pasuje ani do książki świątecznej, ani do tytułu „O psie, który uratował święta” (w oryginale „A Dog’s Perfect Christmas”). Ten kojarzy się raczej z lekką, w zależności od nastawienia odbiorcy nieco/dość/nadmiernie przesłodzoną, typowo niedzielną historią z czworonogiem będącym lekiem na całe zło.

Tymczasem w powieści mamy dwa psy, a właściwie psa i suczkę, które okazjonalnie pełnią nawet rolę narratorów, ale sam fakt ich istnienia nie sprawia, że kłopoty znikają jak za dotknięciem magicznej różdżki. Są one raczej bystrymi obserwatorami, wiernymi kompanami, a gdy zajdzie potrzeba pocieszycielami, nie animalistycznym deus ex machina. To ludzie muszą najpierw dostrzec sam fakt istnienia problemów, a następnie podjąć próbę poradzenia sobie z nimi. Psia obecność może w tym tylko lub aż pomóc.

Pomimo podejmowania cięższej tematyki takiej jak problemy zdrowotne, żałoba, samotność, a nawet myśli samobójcze, w książce znajdziemy sporą dawkę humoru („Powtarzała to tak często, że powinna umieścić te słowa na koszulce, nalepce na zderzak i swoim nagrobku”), dobre tempo wydarzeń i stopniowo budowane ciepło domowego ogniska. Są również wątki romantyczne, które, jak łatwo się domyślić, kumulują się w finale, ale, zanim do tego dojdzie, są raczej dodatkiem do familijnej całości.

Element świąteczny fabularnie nie jest nadmiernie eksponowany z racji, iż zawiązanie akcji następuje miesiąc wcześniej, czyli jeszcze w okresie Święta Dziękczynienia. Zostaje jednak umiejętnie wykorzystany w paru scenach rozwijających znacząco pewną początkowo dość antypatyczną postać. Podkreśla go również atrakcyjna warstwa wizualną, o którą zadbał wydawca.

Złote litery, urocza okładka z kulą śnieżną i płatkami śniegu, „zasypane” strony i rozpoczynające rozdziały inicjały z motywami bożonarodzeniowymi z pewnością uprzyjemnią lekturę każdej osobie odliczającej dni do świąt. Książkę polecam również tym, którzy generalnie stronią od tego typu pozycji, a potrzebują czegoś miłego i podnoszącego na duchu do przeczytania w jeden szybko zapadający wieczór.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

W. Bruce Cameron, „O psie, który uratował święta”, Wydawnictwo Kobiece, Białystok, 2021r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat