W dobie multifunkcyjnych telefonów i mediów społecznościowych rzadko zdarza się, aby ktoś był zupełnie „offline”. Jeśli ktoś nie odbierze lub nie odpowie na wiadomość w określonym czasie, druga strona z góry zakłada, że coś musiało się stać. Cisza momentalnie wyzwala w ludzkiej wyobraźni czarne i dramatyczne scenariusze focha, zdrady, porwania, wypadku i śmierci. Równocześnie posiadanie podręcznego środka komunikacji jest nieocenione, gdy rzeczywiście przydarzy nam się coś złego i będziemy potrzebować pomocy.
Czy więc w świecie konsumpcji, w którym wciąż powstają nowe formy mentalnego uwiązania, możliwe jest dobrowolne porzucenie tego wszystkiego i funkcjonowanie bez udziału wszechobecnej technologii? Taki właśnie pomysł na siebie miał Mark Boyle. Mężczyzna miał już za sobą rożnego typu eksperymenty m.in. w postaci rezygnacji z używania pieniędzy, więc następny krok w postaci ucieczki na wieś i życia wyłącznie z pracy własnych rąk wydawał się jej logicznym następstwem.
„Offline” można podzielić na trzy, przemieszane ze sobą części: pamiętnik opisujący pełną fizycznej pracy codzienność rządzoną przez następujące po sobie pory roku, wspomnienia z okresu sprzed „wyciągnięcia wtyczki” oraz historię wyspy, której mieszkańcy wyznaczyli niedościgniony dla autora ideał samowystarczalnej egzystencji (zdecydowanie najciekawszy element). Całość okraszona jest dużą liczbą cytatów i osobistych refleksji. W moim odczuciu te pierwsze nieco za bardzo górują nad drugimi, wydają się zbyt nachalne i wybijające z rytmu czytania, drugie z kolei, choć uzasadnione, nie są zbytnio subtelne.
Szanuję fakt, iż ktoś jest w stanie porzucić wygodę na rzecz obcowania z pięknem, ale i potęgą środowiska, ale chwilami ciężko mi było zrozumieć piętrzące się wątpliwości np. to, jaki dokładnie światowy kryzys wywołuje korzystanie z hamulców w rowerze. Książka kojarzy mi się z „Wszystko za życie”, w którym główny bohater owszem decyduje się na ucieczkę od świata, krytykując tych, którzy tego, nie robią, ale jednocześnie korzysta z tego faktu. Tutaj jest podobnie, na co dzień Boyle rezygnuje z czego się da, ale jednocześnie nie ma problemu z tym, żeby w razie potrzeby korzystać ze sklepów i autostopu.
Pisarz sam z siebie nie uważa hipokryzji za coś złego, a raczej nieodłącznie związanego z urzeczywistnianiem każdej radykalnej idei i może coś w tym jest. Wolność nie musi oznaczać zupełnej rezygnacji ze zdobyczy techniki. Może być jedynie możliwością wyboru dotyczącą celowego i uzasadnionego ograniczania wpływu tego, co odwraca naszą uwagę od tego, co ważne, nie przybliżając nas ani trochę do wewnętrznego spełnienia. Przypadek Boyle’a pokazuje, że nawet żyjąc w zgodzie z przyrodą, możemy niezamierzenie powtórzyć błędy stechnologizowanej przeszłości w relacjach z najbliższymi.
„Offline” to kunsztownie wydana i ilustrowana książka o szukaniu szczęścia w porzuceniu osiągnięć XXI wieku i obcowaniu z naturą. Zamysł ten doceniam, ale pod względem czysto literackim nie mogę stwierdzić, że zaliczam tę lekturę do specjalnie wyróżniających się, czy wciągających. Jest to raczej materiał wyjściowy do własnych refleksji odnośnie tego, z czego czytelnik byłby w stanie zrezygnować, jednocześnie zyskując więcej czasu, spokoju i satysfakcji.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Mark Boyle, „Offline”, Białystok, Wydawnictwo MOVA, 2020 r.
Komentarze