„Ogród cieni” – recenzja

Recenzja książki „Ogród cieni”.
Zaklęty krąg przemocy, którego nie da się przerwać.

Gdy byłam nastolatką, po raz pierwszy sięgnęłam po „Kwiaty na poddaszu” Virginii C. Andrews. Książka ta zrobiła na mnie wówczas duże wrażenie, przytłoczyła mnie swoją fabułą. Później masowo zaczęłam wypożyczać z biblioteki wszystkie pozycje tej autorki. Po jakimś czasie, wiadomo, miałam przesyt. Jednak wśród tych wszystkich przeczytanych książek była taka, której nie zapomniałam mimo upływu lat. I być może nie potrafiłabym odtworzyć fabuły krok po kroku, ale pamiętam te emocje, napięcie, jakie wówczas towarzyszyły mi podczas czytania.

Teraz, ładnych kilkanaście lat później, miałam okazję odświeżyć sobie tę historię i sprawdzić, czy w dalszym ciągu jest w stanie zrobić na mnie wrażenie. „Ogród cieni” jest piątą częścią cyklu o rodzinie Dollangangerów. Pierwsza część, najbardziej znana i zekranizowana to „Kwiaty na poddaszu”. „Ogród cieni” zamyka tę ponurą historię, pokazując jednocześnie, jaki był jej początek...

W tej części Virginia C. Andrews przedstawia nam losy Olivii Winfield, której wydaje się, że spadła jej gwiazdka z nieba, gdy przystojny Malcolm Foxworth prosi ją o rękę. Rzeczywistość jednak bardzo szybko rozprasza tę mgiełkę naiwnych, dziewczęcych marzeń o miłości i ukazuje brutalną, trudną do zaakceptowania prawdę. Przygotujcie się na to, że los nie oszczędzi Olivii, a wy będziecie miotać się od współczucia przez gniew aż po rezygnację.

Nie wyobrażam sobie przeczytania „Kwiatów na poddaszu” i nie uzupełnienia ich lekturą „Ogrodu cieni”. Te dwie książki się dopełniają, tłumaczą i pokazują, jak bardzo skrzywdzony może zostać człowiek przez osoby, które powinny go kochać i otoczyć opieką. Jeśli zdecydowalibyście się na rozpoczęcie swojej przygody z książkami Virginii C. Andrews od „Ogrodu cieni”, to zapewne zupełnie inaczej będziecie doświadczać „Kwiatów na poddaszu”. Czy warto wykonać taki eksperyment? Ja wolę kolejność, jaką przekazała nam autorka. Pozwala na poznanie bohaterów w bardzo szczególnym momencie ich życia, ukazanie ich przez pryzmat działań, często niepojętych, a jednak przecież możliwych. A później, w „Ogrodzie cieni”, możemy krok po kroku rozprawiać się z tymi demonami.

Lektura „Ogrodu cieni” po latach była bardzo ciekawym doświadczeniem. W dalszym ciągu uważam, że to książka niezwykle naładowana emocjonalnie, pełna negatywnych emocji, smutna, ale też taka, od której nie sposób się oderwać. Teraz bardziej denerwowała mnie bezradność i perfidia działań ukazanych w tej książce. I trzeba przyznać, że Virginia C. Andrews to autorka, której książki się nie starzeją.

AP
(biuro@dlalejdis.pl)

Virginia C. Andrews „Ogród cieni”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2021



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat