Czy prowincjonalne miasteczka, w których wszyscy się znają, a sąsiedzi wiedzą na twój temat więcej niż Ty sama, mogą być nudne? Erica James udowadnia, że życie w małym angielskim miasteczku i we włoskiej mieścinie może być równie ekscytujące, co błyszczący milionem świateł Nowy Jorku czy nigdy niezasypiający Rzym.
Helen nie wie, dlaczego jest nieszczęśliwa w związku z Hunterem. Może po prostu w głębi duszy nie pogodziła się z tym, że jest trzecią żoną człowieka, który nie toleruje odmowy i nawet oświadczyny zaplanował tak, że kobieta nie mogła powiedzieć „nie”. Z drugiej strony nie czuje się komfortowo, gdy ludzie zarzucają jej, że poślubiła biznesmena ze względu na jego niebagatelną fortunę. Nikt jednak nie wie, nawet sama Helen, że motywy jej działania są o wiele bardziej skomplikowane...
Złożona i niejednoznaczna jest również relacja Conrada z jego wujem Makiem. Staruszek, który wymaga opieki po udarze, lekceważy i ignoruje troskę bratanka. Stara się udowodnić, że choroba nie pozbawiła go sił witalnych i umysłowych. Nie chce również przysparzać kłopotów Conradowi, który w pracy szuka ukojenia i zapomnienia po śmierci ukochanej żony. Opryskliwością i szorstkością maskuje jednak morze uczuć, którymi darzy bratanka.
Nikt nie jest stanie zrozumieć, dlaczego Lucy i Orlando nie są parą. Dwoje ludzi, którzy doskonale się rozumieją, mieszkają razem i zwierzają się sobie z każdego problemu, tkwią w ramach absurdalnej „przyjaźni”, która jednak zostaje wystawiona na ciężką próbę, gdy na horyzoncie pojawia się nieznośna córka Hunter – Savannah. Rozpieszczona do granic możliwości dziewczyna wprowadza zamęt w spokojnym życiu mieszkańców Swanmere. A najgorsze, że ta mała złośnica postanowiła jechać z klubem ogrodniczym na wycieczkę do włoskiego Como! Na szczęście Alessiowi udało się skutecznie odwrócić uwagę Lucy od Orlanda, a Conrad zadbał o to, by pozostawiona przez męża Helen na zawsze zapamiętała ten wyjazd.
Kilka lat temu w telewizji triumfy święcił serial „Gotowe na wszystko”. Opowieść o kobietach żyjących na amerykańskich przedmieściach i zmagających się z trudami codzienności znalazł poklask przede wszystkim wśród kobiet. Podobnie książki James skierowane są przede wszystkim do pań. Ujmująca opowieść o z pozoru nudnym życiu tak naprawdę stawowi przyczynek do rozważań o różnego rodzaju relacjach międzyludzkich. Autorka w niewyszukany, ale nadzwyczaj sympatyczny sposób „zaprzyjaźnia” czytelniczkę z poszczególnymi bohaterami, którym zaczyna się autentycznie współczuć, z którymi można się cieszyć i płakać, i od których z niecierpliwością czeka się na nowe wieści.
„Ogród marzeń” to taka książkowa „przyjaciółka”, z którą w jesienny wieczór można spędzić kilka godzin, otulając się szczelniej kocem. Erica James nie napisała wielce oryginalnej powieści, nie pokusiła się też o stworzenie porywającej historii, a jednak od „Ogrodów marzeń” trudno się oderwać. Subtelność, ale nie nuda, naturalność, ale nie sztampowość, delikatność, ale nie niedopowiedzenia – James dawkuje charakterystyczne cechy swojej twórczości w odpowiednich dawkach. Wszystko jest wyważone, spokojne, a jednocześnie interesujące i takie bliskie każdej z nas.
Dlatego jeśli czujecie potrzebę relaksu i spędzenia czasu w towarzystwie ciut nierealnego świata, gdzie wszystko kończy się happy endem, sięgnijcie po „Ogrody marzeń”. To naprawdę przyjemna lektura!
Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)
Erica James, „Ogrody marzeń”, Warszawa, Jaguar, 2013
Komentarze