Wykwintna i elegancka Pola, która od początku obracała wśród miejscowej elity, imponowała zahukanej, ale zdeterminowanej Antosi. Ciotka, z jej wrodzoną klasą i wyczuciem klasy, tak bardzo różniła się od wiejskiego towarzystwa, w którym obracała się młoda dziewczyna, spragniona smaku wielkiego świata. Zanim jednak poznamy losy tych dwóch kobiet z czasów, gdy nikt nie słyszał o komputerach, a jedwabne pończochy świadczyły o pozycji społecznej, Antonia jawi się nam jako staruszka u kresu życia, która snuje swoją opowieść w bardzo babciowo/niebabciowym stylu.
Przede wszystkim pochwała należy się Magdalenie Zimny-Louis, która pomimo stosunkowo młodego wieku, świetnie oddała sposób mówienia i rozumowania starszej osoby. Sama miałam szczęście słuchać opowieści prababci, więc przerzucając kolejne kartki „Poli”, miałam wrażenie słuchanie dalszego ciągu opowieści o życiu z ust osoby, która prawie już przeżyła całe życie i jest z tego zadowolona. Jednocześnie jednak pozostaje przy zdrowych zmysłach i pragnie podzielić się swoją mądrością z potomnymi.
Jednak nie ma to nic wspólnego z moralizowaniem czy wytykaniem błędów. Antosia nie zasypuje dzieci i wnuków morałami, nie promuje skostniałych schematów myślenia. Czasem bardziej niż młodsze pokolenia jest otwarta na świat, na nowości, na ludzi – popiera antykoncepcję, godzi się z perspektywą czarnego prawnuczka, woli plotkarskie gazety od Radia Maryja. Pozostaje przy tym kochaną, ciepłą osobą, w której rękaw może się wypłakać wnuczka po awanturze z rodzicami; to kobieta, której ciasta i nalewki stanowią dobro rodzinne, a pogaduszki przy stole w jej mieszkaniu to cudowne remedium na wszelkie kłopoty. Jej kuchnia pachnie świeżo gotowaną zupą, a z drugiej strony dzięki dostępowi do internetu i pomocy młodego sąsiada Antosia jest obecna w nowoczesnym świecie i widzi, że nie ma sensu zajmować miejsca w kolejce do okienka w banku, skoro inni bardziej tego potrzebują. Jeśli Zimny-Louis stworzyła tę postać, bazując na własnych doświadczeniach i relacjach z babcią, to jest prawdziwą szczęściarą.
Zresztą, jak głosi dedykacja, autorka poświęca książkę wszystkim ważnym dla niej kobietom, w tym córkom i koleżankom. Być może właśnie ta dedykacja stanowi klucz do „Poli”. Z pewnością każda ze znanych Zimny-Louis kobiet miała własną historię, która starczyłaby na osobną książkę. Jednak w „Poli” autorka zawiera wiele dróg, którymi poruszają się kobiety we wzajemnych relacjach, jak i w stosunku do otaczającego je świata. Zuzanna nie potrafi się dogadać ze szwagierką Oktawią, Lila nie potrafi znaleźć porozumienia z matką, ale za to świetnie dogaduje się z kuzynką Agnieszką. A nad całą rodziną Pogorzelskich wisi duch ciotki Poli.
Choć tytuł sugeruje, że to właśnie jej historia stanowi główną oś powieści, to tak naprawdę jest to tylko jedna płaszczyzna, jedna opowieść, która przeplata się z innymi. Dzięki małżeństwu Poli z Andrzejem Tosia może przenieść się z zapadłej wsi do pięknego mieszkania w Warszawie, dzięki ucieczce do Anglii i pracy guwernantki piękna ciotka dostaje się w posiadanie fortuny. Dzięki jej wsparciu młoda Tosia wydostaje się ze znienawidzonej prowincji i trafia w środek politycznego rozgardiaszu lat 50. i 60. W wyniku niespodziewanego splotu wydarzeń poznaje Waldemara, z którym łączy ją piękna, dojrzała miłość, a jej owocem je dwójka dzieci, które z kolei żyją każde swoim życiem.
„Pola” to pozycja godna polecenia jeszcze z jednego powodu – każda z nas jest w stanie znaleźć odbicie swoich postaw w którejś z bohaterek. To dobitnie świadczy o uniwersalizmie powieści, a uchwycenie w subtelny sposób poszczególnych „znaków charakterystycznych” kolejnych pokoleń sprawia, że Zimny-Louis można pochwalić za umiejętność uważnej obserwacji cech różnicujących poszczególne generacje jednej rodziny. Niezależnie jednak od tego, jak pokręcony i trudne, a czasem tajemnicze i brutalne bywają żywoty postaci w powieści, każdy z nich może w ostateczności liczyć na wsparcie najbliższych. Nikt nie jest bez winy, każdy popełnia mniejsze lub większe zbrodnie, ale w sytuacji ekstremalnej więzy rodzinne okazują się nieocenioną podporą.
Niby kolejna saga rodzinna, niby kolejne odkrywanie tajemnic zagrzebanych w szafie, niby zwyczajne opowieści o historiach kolejnych pokoleń. Jednak Zimny-Louis, jak na początkującą autorkę, wykazuje się niezwykłym zmysłem obserwacji i umiejętnością przelania zaobserwowanych zjawisk na papier w bardzo atrakcyjnej formie. Nie jest to kolejny tandetny scenariusz łzawej telenoweli ani żenujący serial „o prawdziwych ludziach”. „Pola” jest prawdziwa. I w tym tkwi sekret, który miał nigdy nie ujrzeć światła dziennego, lecz zostać spalonym w ogniu kominka na angielskiej prowincji.
Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)
Magdalena Zimny-Louis, „Pola”, Replika 2012
Komentarze