Być może jeszcze powstanie dzieło traktujące o tak niezwykłej więzi, a jednocześnie zawierające nutkę świeżości. „Malując przyszłość. Od tragedii do szczęścia” z pewnością taką pozycją nie jest.
Jeśli ta książka miała służyć samorozwojowi i odkrywaniu sposobów na dążenie do szczęścia, to przyznaję – z lubością zaznaczałam na marginesie błędy interpunkcyjne i składniowe tekstu (tłumacz i korekta – brawo!). Niewątpliwie przyczyniło się to do poprawienia moich zdolności redaktorskich! Co do szczęścia – faktycznie przydatna okazała się rada małej Lupe, by założyć sobie Facebooka, który ułatwi kontakt ze znajomymi, więc niejako przyczyni się do wzrostu „molekuł” szczęścia.
Lupe ma 11 lat i pochodzi z Meksyku, w San Francisco mieszka z dziadkami. Rodzice musieli wrócić do rodzinnego kraju, zostawili jednak małą pod opieką bliskich. Dziewczynka nie należy do osób lubianych w szkole, ubiera się gorzej niż koleżanki, ale jest wieczną optymistką. Mantry, które sobie powtarza, ułatwiają jej funkcjonowanie w świecie, do którego nie do końca należy i w którym nie całkiem się odnajduje. „Do swojego świata przyciągam jedynie ludzi przepełnionych miłością, gdyż są odzwierciedleniem mnie samej” - to tylko jedna ze złotych myśli małej Meksykanki.
Jonathan z kolei jest po pięćdziesiątce, kiedyś był znanym malarzem, o którego działa zabiegały wielkie galerie i który dogłębnie poznał świat twórczej elity swojego pokolenia. Jednak na skutek wyniszczającej choroby, której ofiarami padli najbliżsi z jego otoczenia, on sam stracił wzrok, co dla malarza „pracującego oczami” stanowiło kres użyteczności i początek powolnej degrengolady w kierunku złorzeczącego całemu światu staruszka. Konflikt z rodziną dodatkowo pogrążył dawnego mistrza w beznadziei samotności, z której ma nadzieję wyrwać go mała sąsiadka.
Zgryźliwy i zrzędliwy Jonathan początkowo nie przepada za pojawiającą się znikąd Lupe, które wprowadza do jego świata radość, optymizm i szalone piosenki. Jednak trudna z początku relacja przeradza się w głęboką więź, której brakowało zarówno byłemu malarzowi, jak i małej wielbicielce salsy. Ponadto, wzajemne doświadczanie się, podróż w głąb najbardziej dramatycznych, bolesnych wspomnień sprawia, że teraźniejszość zaczyna nabierać żywych kolorów, a sprawy, które od dawna wydawały się przegrane i zapomniane, wracają, by dać zainteresowanym drugą szansę. Bo kluczem do szczęścia i zmiany życia na lepsze jest wieczny optymizm, radość z każdego dobrze przeżytego dnia i wysyłanie w przestrzeń drobinek dobra, które potem mają okazję powrócić do nas zwielokrotnione.
Nie mogę wyobrazić sobie powodu, dla którego napisano „Malując przyszłość...”. Louise L. Hay i Lynn Lauber to podobno specjalistki od rozwoju osobistego, które pomogły milionom ludzi na całym świecie „w wykorzystywaniu ich pełnego potencjału”. Chciałabym posłuchać kiedyś opowieści którejś z osób, której życie odmieniło się po przeczytaniu „odkrywczej” i „duchowej” książki. Czy faktycznie jest w niej coś, czego między wersami nie dostrzegłam, zajęta poprawieniem błędów? Jedyna wartość tego pseudo-poradnika może tkwić w przypominaniu ludziom o mocy uprzejmości, współczucia i miłości. Jednak czy czynienie dobra, pomoc innym i optymizm to sprawy, o których nie słyszymy na co dzień? Widocznie jednak są ludzie, którzy potrzebują, by im o tym przypominać. A ja przynajmniej poćwiczyłam redakcję tekstu o niczym.
Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)
Louise L. Hay i Lynn Lauber, „Malując przyszłość. Od tragedii do szczęścia”, Studio Astropsychologii, Białystok 2012
Komentarze