„Ostatni lot Valhalli” - recenzja

Recenzja książki „Ostatni lot Valhalli”.
Gdzie człowiek, tam i konflikty zbrojne – nawet przestrzeń międzygalaktyczna się nie ustrzeże.

Kosmos to temat niewyczerpany, bo ciągle w jego zakresie odkrywa się coś nowego; wymyśla teorie, które lata temu wzięto by za absurdalne, a twórcy kultury snują rozmaite przypuszczenia, puszczają wodze wyobraźni i tworzą w najlepsze. Wiele powszechnie znanych uniwersów kosmicznych bardzo sobie cenię, jednak czasem potrafią mnie zaciekawić także krótsze twory. Jako właśnie taki uznałam „Ostatni lot Valhalli”.

Po Wielkiej Wojnie Atomowej ludzie zajęli się kolonizacją przestrzeni kosmicznej, dzięki czemu wykształcił się Związek Niepodległych Planet, jednoczący mieszkańców poszczególnych. W ład i struktury uderza jednak niespodziewany bunt rebeliantów na planecie Kalipso. Admirał William Rhodes otrzymał zadanie przywrócenia pokoju, a losowe zdarzenia sprawiają, że okazuje się ono jeszcze trudniejsze, niż sądzono. Pokojowo-negocjacyjna wyprawa przeradza się bowiem w walkę na śmierć i życie.

Już początek, choć nie do końca jasny, nasycony jest dynamiką. W książce bowiem nie ma czasu na nudę. Akcja i fabuła płyną bez zbędnych ceregieli. Czytelnik stopniowo poznaje reguły wykreowanego świata i bohaterów. Nie wszystko zostaje od razu wyjaśnione, ale nie jest to wadą, gdyż na wszystko przychodzi kolej. W pewnym momencie książka wydała mi się przez to wręcz liniowa. Tym samym czułam się, jakbym leciała z górki, bo nie było tu niczego nakręconego ani zawiłego. Nie znaczy to, że czytało mi się „Ostatni lot Valhalli” jakoś specjalnie szybko. Treściwość, nie za duża ilość dialogów typu „odbijanie piłeczki” (jakich można by się spodziewać po mundurowych), a więcej przypominających monologi oraz przemyśleń bohaterów sprawiły, że trochę nad tym spędziłam.

Styl Tuchalskiego wydał mi się uporządkowany, co wyjątkowo pasuje do tytulatury, stopni i postaci, które odgrywają ważniejsze role. O dziwo, nieźle sprawdził się także, gdy akcja dość zaczęła nieco przyspieszać. Potrafił tym samym zaskoczyć bez namącenia w głowie. Mimo to miałam wrażenie, że kluczowe sprawy rozgrywają się poza moich zasięgiem. Za dużo było mi w tej książce rozmów na szczycie, knucia w gabinetach, na pokładach, a za mało samej wartkiej akcji u źródła problemów.
O ile pierwszoplanowi bohaterowie odznaczają się jeszcze względną wyrazistością, tak niektóre mniej ważne postacie sprawiają wrażenie kartonowych cieni. Nawet płeć piękna zdawała się rozmywać wśród reszty. Byli też tacy, którzy pojawiali się i jakby autora uwierali.

Mimo że od pewnego momentu czułam, że wiem, dokąd wszystko zmierza, było i parę niespodzianek. Tuchalski jakby przeniósł pewne zjawiska dobrze znane w dzisiejszym świecie na płaszczyznę galaktyki, co ma i plusy, i minusy. Z jednej strony to mocna, niemal militarno-polityczna lektura, z drugiej – jakby znana. To, co mogłoby stanowić interesujący element, a więc wszelkie obce formy, było tylko lekko sugerowane. Mi osobiście nie podobało się to, jaką część zajęły kwestie formalne.

Wszystko trochę uratowało zakończenie, aczkolwiek z tym, czy na pewno uratowało, można polemizować. Zaskakujące, a jednak… nie jestem co do niego przekonana, choć nie chcę się nad tym rozwodzić, by niczego nie zdradzić.

„Ostatni lot Valhalli” nie jest specjalnie charakterystyczną czy ambitną propozycją, aczkolwiek pozytywnie wpisuje się w dział książek z wątkiem dotyczącym podejrzanego rozkazu i rebelii. Całkiem ciekawe pomysły na niektóre rzeczy, ale doszukałam się również wielu oklepanych ogólników, elementów powtarzających się. Uwierzę, że mniej wymagającym czytelnikom jak  może to do gustu przypaść. Ci jednak, którzy lubią wiedzieć wszystko, mogą czuć niedosyt. Ktoś liczący na ogrom emocji też nie ma na tych kartach czego szukać. Osobiście w książkach, których bohaterowie są związani z wojskowością, w tle lub w sercu wydarzeń mamy walkę, szukam też dawki specyficznego humoru lub dialogów w odpowiednim żargonie. Tego też mi brakowało. Tytułu tego nie polecam więc fanom science-fiction, którzy lubią zgłębiać temat, utonąć  w wykreowanej rzeczywistości. Czuję jednak, że lubiący czytać o kosmicznych misjach, w których problemy, na które trafia bohater tylko się piętrzą, mogą odebrać tę książkę lepiej. Nie znaczy to jednak, że komukolwiek ją polecam. Nie wiem właściwie, komu mogłabym. Było w niej wszystkiego po trochu i dużo niczego.

Kinga Żukowska
(kinga.zukowska@dlalejdis.pl)

Wojciech Tuchalski, „Ostatni lot Valhalli”, Novae Res, Gdynia, 2019.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat