„Ostatnie piętro” – recenzja

Recenzja książki „Ostatnie piętro”.
„A jakby ci powiedział, żebyś skoczył, to byś skoczył?”, czyli bolesne skutki nastoletnich wybryków.

Styczniowa posucha na rynku wydawniczym sprawiła, że z braku laku postanowiłam nagiąć zasadę, zgodnie z którą rzadko sięgam po więcej niż jedną książkę danego/ej pisarza/pisarki. Tym razem padło na „Ostatnie piętro”, kolejną pozycję w dorobku Louise Candlish, autorki „Na progu zła” recenzowanego przeze mnie prawie dwa lata temu. Czy druga szansa okazała się dobrym posunięciem, sromotną porażką, czy czymś pomiędzy? Niestety, w moim przypadku była to ta środkowa opcja.

Zgodnie z okładkowym zarysem „Ostatnie piętro” (w oryginale „The Heights” - nawiązanie zarówno do nazwy budynku, jak i lęku wysokości głównej bohaterki) miało być thrillerem o „zrozpaczonej matce owładniętej żądzą zemsty (…) zdolnej do wszystkiego”. Ellen Saint kilka lat temu straciła w wypadku samochodowym dziewiętnastoletniego syna Lucasa. Teraz, w trakcie wizyty o charakterze zawodowym, kobieta dostrzega na tarasie naprzeciwko kogoś, kto wygląda jak Kieran Watts, przyjaciel chłopaka i zarazem sprawca tragicznego zdarzenia. Problem w tym, że mężczyzny nie powinno tam być, bo, zgodnie z przekonaniem Ellen, on… nie żyje. Ta śmierć, której nie było, uruchamia w pani Saint kolejne pokłady pasji do podglądania, prześladowania i ogólnie rzecz biorąc coraz dziwaczniejszych zachowań.

Wygląda na to, że Louise Candlish upodobała sobie postacie owładnięte chorobliwą obsesją. W „Na progu zła” Fiona dniami i nocami dopieszczała swój dom, aby go nagle stracić, a w najnowszej powieści mamy Ellen dniami i nocami drżącą o swego nastoletniego potomka sprowadzanego na manowce przez nowego kolegę z rodziny zastępczej. Nie trzeba być rodzicem, aby dostrzec, jak wielkie pokłady frustracji mogą wywołać dzieci, bo jednak wciąż są to dzieci, w wieku dorastania. Ta książka dobitnie jednak uzmysławia, że ich rzekomo dojrzali starzy mogą być równie przesadnie dramatyczni i irytujący.

Tym razem narracja pierwszo-, a następnie trzecioosobowa jest przeplatana fragmentami artykułów z gazety. Okazały się one nie tylko atrakcyjnym dodatkiem, ale z biegiem czasu, gdy minie pierwsze całkiem niezłe wrażenie, przede wszystkim wyczekiwanymi momentami wytchnienia od duszącej osobowości Ellen. Zmęczenie potęguje wrażenie, że wcale nie mamy do czynienia z opowieścią z dreszczykiem. Nie ma tu napięcia, ani niepewności, przez większość czasu śledzimy wydarzenia, których finał już znamy, bądź też z łatwością przewidujemy, co wyniknie z kolejnej rozwleczonej rozmowy.

O ile, mimo paru zarzutów, wciąż ciekawi mnie, jak wypadnie serialowa wersja „Na progu zła”, o tyle wtrącona przez Louise Candlish uwaga o tym, że Lucasa mógłby zagrać niejaki Timothée Chalamet wypadła dość komicznie. Oczywiście, nikt nie broni burzyć czwartej ściany, ani mierzyć wysoko, ale nie licząc okładki, jej najnowsza książka jest zwyczajnie nieudana - nie działa ani jako thriller, ani historia matki opętanej żalem i chęcią mordu.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

„Ostatnie piętro”, Louise Candlish, Wydawnictwo MUZA, Warszawa, 2021r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat