Jednak nie na pierwszy rzut oka. Do tego wniosku można dojść dopiero po przeczytaniu pozycji „Oblicze zdrady” Lis Wiehl i April Henry. Ale od początku.
Oto widzimy grafikę okładki, którą można byłoby nazwać typową dla thrillerów lub kryminałów, podobne skojarzenia nasuwa nam tytuł „Oblicze zdrady”. Niemal automatycznie nakreślamy więc szkic powieści: będzie tajemnica, a więc należy się spodziewać zdrajcy i mściciela (lub też strażnika tajemnicy – wariant do wyboru). W ramach modnego w naszych czasach chodzenia na skróty, zaglądamy także na koniec książki, gdzie czeka na nas zgrabnie napisane streszczenie – tak, aby powieść nie zaskoczyła nas za bardzo i żebyśmy na pewno zrozumieli, o co w niej chodzi. Na sam koniec jeszcze, oczywiście, wtrącenie o tym, jak to ta opowieść nas nie zaskoczy, jaki to „znakomity thriller z wyrazistymi bohaterami i najeżoną realnymi zagrożeniami akcją”, jak bardzo nie będziemy spodziewać się zakończenia. Usatysfakcjonowani taką skondensowaną dawką wiedzy (wrażliwi jednak na to, że te pochwały mogą być nieco podkolorowane, zgodnie z obowiązującą konwencją), zasiadamy do lektury i... przeżywamy prawdziwy szok.
Fabuła książki „Oblicze zdrady” jest prosta, ale nie świadczy to od razu na jej niekorzyść. Oto trzy przyjaciółki (choć ja nazwałabym je raczej koleżankami): Cassidy (reporterka telewizji regionalnej), Allison (prokurator federalny) i Nicole (agentka FBI), spotykające się głównie po to, aby coś przekąsić, w tym desery – prawdziwe bomby kaloryczne – od których to pochodzi szumna nazwa ich amatorskiego Klubu Potrójnej Groźby, analizują wspólnie sprawę zaginionej młodej praktykantki z Senatu. Właściwie, aby być bardziej precyzyjną, powinnam była napisać: w tym samym czasie, zamiast „wspólnie”, czasem wymieniając się zdobytymi informacjami. Akcję śledzimy z perspektywy każdej z nich, a więc na początku może pojawić się mały problem z odnalezieniem się w lekturze. Ale po przezwyciężeniu tych chwilowych niedogodności zagłębiamy się w książkę Lis Wiehl i April Henry, czekając na to napięcie i zagrożenia. Czekamy, czekamy i czekamy...
Tak więc zdradzam (przecież obliguje mnie do tego sam tytuł książki): nie ma napięcia, nie ma zagrożeń rodem z prawdziwego thrillera (jak już to takie „zagrożonka”), polemizowałabym także z kwestią wyraziście i realistycznie nakreślonych postaci, śledztwo jest bardzo mozolne, a zakończenie, w całej swej nieprzewidywalności wypada mdło i jakoś tak... przewidywalnie. Ale uwaga! To nie jest zła książka, tylko ktoś najwyraźniej pomylił, niestety, okładki. „Oblicze zdrady” jest ciekawym doświadczeniem czytelniczym, choć nie dostarcza upragnionego dreszczyku emocji. To raczej studium przypadku, skrupulatnie nakreślona, metodyczna praca prokuratury, FBI, policji, badających sprawę zniknięcia dziewczyny (gdzie nie od razu dysponujemy całą górą dowodów i listą podejrzanych). Właściwie niemal od kuchni poznajemy procedury rządzące dochodzeniem, zadania służb mundurowych i wreszcie rolę mediów i ich wpływ na przebieg wydarzeń. Za taką konwencję książki z pewnością odpowiada jedna z jego współautorek, Lis Wiehl, z zawodu prokurator generalny. I chyba tylko dzięki takiemu podejściu nie należy jej spisywać na straty.
Powtarzam więc, to nie jest zła książka, źle została jedynie „przyodziana”. Który bowiem czytelnik po rozczarowaniu pierwszą częścią, sięgnie po kolejne losy członkiń Klubu Potrójnej Groźby? Autorki założyły bowiem, że „Oblicze zdrady” jest pierwszą częścią serii. Czekamy więc na kolejne, mam nadzieję, że mimo wszystko do rzetelności informacji dołączy fantazja pisarska i otrzymamy naprawdę groźne opowieści.
Agata Podgajska
(agata.podgajska@dlalejdis.pl)
Lis Wiehl i April Henry, „Oblicze zdrady” , Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
Komentarze