„Otchłań" to ostatni tom trylogii o męskim i dzielnym detektywie, który staje twarzą w twarz ze śmiercią i widmem przeszłości. Mimo że Brodzki rozwiązał sprawę związaną z morderstwami kobiet, a winny popełnił samobójstwo - mężczyzna ogląda świat zza więziennych krat oskarżony o zabójstwo aresztanta - Heraklita - współwinnego dokonanych okropnych mordów. Tymczasem kolejne osoby giną połączone delikatną, aczkolwiek nierozerwalną nicią tajemnic sprzed trzydziestu lat. Ktoś ponownie zaczyna terroryzować Toruń, a wszystkie ślady prowadzą do słynnego gangstera, Elfa. Prokurator Mauer zwalnia detektywa warunkowo z więzienia, bo wie, że tylko Brodzki jest na tyle zdesperowany, by wyruszyć na samobójczą misję złapania groźnego przestępcy. Detektyw, chcąc udowodnić swoją niewinność, musi zmierzyć się z demonami rodzinnych sekretów i odkryć źródło niewygodnych relacji. Po swojej stronie ma tylko sierżanta Żółtko, a naprzeciwko barykady stoją fałszywi przyjaciele, zaginięcia bez śladu i brak dowodów. Czyżby prawda i nieprzyjaciel byli tuż na wyciągnięcie ręki?
Książkę czytało się fantastycznie, a nowe postacie takie jak odważna, młoda dziennikarka Berenika uwypukliły rozważania na temat cienkiej granicy między dobrem a złem.
"Otchłań" to dobry, bardzo mocny i wybuchowy finał historii. Uważam, że Marcel Woźniak świetnie dopracował trzeci tom - teatralną mowę zastąpił idealnie wyważoną dawką sarkazmu, ironii i czarnego humoru, rozkręcił akcję, że aż strony dymiły od poszlak, pościgów i rozgrzanych kul oraz doprowadził do czarnej furii ciągle umykającym mordercą i tysiącem myśli "dlaczego". Pisarz popuścił wodze fantazji i uśmiercał z dużą przyjemnością, dodając kilka scen, które uczyniły z Torunia słynny, angielski Bonfire Night. Powieść w pewnych momentach parzyła ogromną dynamiką scenerii i nie tylko.
Jednak zabrakło mi w tym finale… Leona Brodzkiego, który był raczej widziany oczami innych, a on sam był jakby nieobecny duchem. Brakowało mi jego filozoficznych wywodów i tego zdecydowania w dialogach. I choć jego fizyczność została dobitnie nakreślona - umykał gdzieś jego charakter. Ponadto czuję niedosyt po scenie kulminacyjnej i tak naprawdę zdawkowym wyjaśnieniem całego zła w trylogii. Myślałam, że autor poszaleje z motywem i źródłem nienawiści, a było krótko, choć na temat. A może wszystko przez to, że już zaczynam tęsknić za przystojnym policjantem, wiedząc, że musimy się pożegnać? Wiem, że Marcel Woźniak przygotował niespodziankę z Leonem Brodzkim w roli głównej w opowiadaniu „Szelfowe chmury”. Zatem Leonie i autorze pragnę podziękować za wiele emocji i nieprzespaną noc. I być może do zobaczenia.
Sandra Kortas-Dorsz
(sandra.kortas@dlalejdis.pl)
"Otchłań", Marcel Woźniak, Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań 2018
Komentarze