Kilka tygodni temu odpaliłam sobie Netflixa, do lampki nalałam czerwonego winka i postanowiłam spędzić miły wieczór z jakąś miłą komedią. Totalnie przez przypadek natknęłam się na produkcję „Otherhood. Mamusie bez synusiów”, która była rekomendowana jako „lekka” i „przyjemna”. Film wywarł na mnie spore wrażenie – i chociaż nie był zbyt wymagający – spełnił moje oczekiwania i okazał się doskonałą rozrywką. Kiedy zobaczyłam, że na rynku pojawiła się powieść, na podstawie której nakręcono produkcję Netflixa, postanowiłam sprawdzić, które dzieło jest lepsze – film czy jego literacki pierwowzór?
Trzy przyjaciółki - Carol, Gillian i Helen – zmagają się z syndromem pustego gniazda. Ich dorośli synowie dawno już opuścili swoje rodzinne domy i wiodą samodzielne życie w Nowym Jorku. Kiedy w Dzień Matki żadna z kobiet nie otrzymuje od swoich pociech życzeń, rozgoryczone kobiety postanawiają złożyć swoim synom wizytę. Mają nadzieję, że w ten sposób przypomną im o swoim istnieniu, miło spędzą czas i zacieśnią rodzinne więzy. Okazuje się jednak, że ten genialny w swojej prostocie plan, nie jest wcale tak łatwy do przeprowadzenia, a dziur, które powstały przez długoletnią nieobecność, nie da rady zacerować kilkoma wspólnymi chwilami. Co więcej okazuje się, że nie tylko trzydziestoletni synowie potrzebują zmian…
"Otherhood - Mamusie bez synusiów" to przyjemna, momentami zabawna, a momentami wzruszająca lektura, w której pierwsze skrzypce grają międzyludzkie relacje. William Sutcliffe pokazał, że każde dziecko (nawet te, które ma trzydziestkę na karku) potrzebuje rodzinnego ciepła, miłości i zrozumienia. I na odwrót – każda matka chce być potrzebna swojemu dziecku i być przez nie kochana. Relacja matka – syn w przypadku każdej z kobiet kształtowała się inaczej; każda z nich boryka się z innymi problemami, ale jedno je łączy – pragnienie bezinteresownej miłości.
Wracając do pytania, które postawiłam we wstępie, ubolewam nad jednym - a mianowicie, że zanim przeczytałam książkę, obejrzałam film. Ten fakt bardzo mnie ograniczył. Przed oczami miałam sceny z filmu, a i samych bohaterów nie potrafiłam już wyobrazić sobie inaczej. Myślę, że czytanie sprawiłoby mi dużo więcej frajdy, gdybym najpierw sięgnęła po lekturę. Mimo wszystko książka „Otherhood. Mamusie bez synusiów” sprawiła mi wiele frajdy. Czyta się ją szybko i przyjemnie za sprawą prostego języka, płynnej fabuły i dynamicznej kreacji postaci. Jeśli szukacie książki na podróż lub chcecie przeczytać coś lekkiego i zabawnego – to powieść Williama Sutcliffe z pewnością spełni wasze oczekiwania.
Aleksandra Kantorczyk
(aleksandra.kantorczyk@dlalejdis.pl)
William Sutcliffe, „Otherhood. Mamusie bez synusiów”, Znak, Kraków, 2019 r.
Komentarze