Mój zachwyt twórczością Mroza już dawno osłabł do tego stopnia, że wielu serii już nie kontynuuję i pomijam wydawane nowości. Jednak akurat po „Paderborna” sięgnęłam. Zainteresowałam się nim, bo poprzedni tom, czyli „Langer”, był i trochę niepokojąco ciekawy, i nawet na całkiem niezłym poziomie napisany. Liczyłam, że tej serii autor, przynajmniej na razie, nie położy.
Od początku da się z łatwością rozpoznać styl autora, który ostatnimi czasy, niestety, coraz bardziej w moich oczach traci. Tu jednak jeszcze najgorzej nie było. Chwilami przypominały mi się pierwsze – naprawdę dobre – książki Mroza. Niestety jednak tylko chwilami. Trafiłam bowiem też na fragmenty, w których okropnie doskwierała mi powtarzalność. Fakt, że czyta się szybko, nie zmienia tego, że trudno się powstrzymać przed przelatywaniem wzorkiem i pomijaniem pewnych fragmentów takich jak przewidywalne i tandetne, chwilami żenujące dialogi czy schematyczne sytuacje.
Książka, przynajmniej w pewnej części, wydawała mi się pisanym w pośpiechu, nieco zmienionym powieleniem innych powieści Mroza. Co gorsza, bohaterów, którzy w pierwszych jego książkach odznaczali się wyrazistością, upodobnił do innych. Siarkowska, której było w tym tytule bardzo dużo, przypominała Chyłkę, a i Paderborn okazał się jakiś niepaderbornowy. Także w tym tytule wystąpił Langer, co do którego mam coraz bardziej mieszane uczucia i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że sam Mróz także.
Widać, że autorowi zależało, aby rozwinąć w „Paderbornie” relacje między niektórymi bohaterami. Chwilami więc wydawało się, że to właśnie wątki osobiste stanowią oś główną fabuły, nie sprawa Rzeźnika znad Odry i Langera, których ścigano. Mogło to być zarówno zaletą, jak i wadą. Niestety, przy takim podejściu, jakie czuć w słowach autora, wyszło to na pogorszenie odbioru książki jako całości.
Trzeba przyznać, że choć Mróz przyzwyczaił swoich czytelników do licznych zwrotów akcji i czytając jego książki człowiek się ich spodziewa, nie brakowało tu elementów zaskoczenia. Mimo to pojawił się problem z utrzymaniem napięcia przez m.in. ton, w jakim rozmawiali bohaterowie. Ich punkty widzenia również czasem wydawały się trochę nie na miejscu.
Najpierw ucieszyło mnie wprowadzenie wątku astrologii, ponieważ w tego typu książkach cenię poszerzanie wiedzy, wplatanie ciekawostek itd., lecz koniec końców i tego nie mogę nazwać wyrazistym atutem. To było dosłownie zahaczenie, bez warsztatowego zgłębienia tematu – a szkoda. Ten wątek także sugeruje pisanie na szybko.
Jednym, co na pewno wyróżnia tę książkę, są drastyczne opisy zbrodni, torturowania, a także dość kreatywne podejście związane z tym. Nie chcę zdradzić zbyt wiele, więc wolę tego akapitu nie rozwijać. Skądinąd krwawe szczegóły będą atutem tylko dla części czytelników. Myślę jednak, że dla dużej części, w tym mnie, bo w kryminałach z psychopatami są adekwatne.
Całość można przeczytać, ale nie jest to pozycja najwyższych lotów, a przeciętne czytadło, jakich wiele. Może nie kompletna strata czasu, ale coś, co w pamięć raczej zbyt wyraziście nie zapadnie, gdy czyta się więcej współczesnych kryminałów i samego Mroza. Jeśli jednak ktoś śledzi wszystko, co Remigiusz Mróz publikuje i jest zaangażowany w losy bohaterów, mimo wad, uważam ten tytuł za warty poznania, bo pozwala lepiej poznać bohaterów pojawiających się w seriach pisarza.
Kinga Żukowska
(kinga.zukowska@dlalejdis.pl)
Remigiusz Mróz, „Paderborn”, Czwarta Strona, 2024.
Komentarze