„Pandemia” jest jedenastym tomem cyklu o nowojorskich patologach Laurie Montgomery i Jacku Stapletonie, ale dla mnie było to pierwsze spotkanie zarówno z bohaterami jak i twórczością Robina Cooka. Na szczęście obyło się bez poczucia bezceremonialnego wrzucenia w trwającą historię. Wszelkie niezbędne kwestie są nam wyłożone na wstępie, a następnie… powtarzane do znudzenia. Fakt, iż pierwsza rodzina Jacka zginęła w katastrofie lotniczej przewija się co najmniej kilkanaście razy, a jego pasja do koszykówki i zamiłowanie do jazdy rowerem są podkreślane w nawet najmniej spodziewanych momentach. Pod względem fabularnym ekspozycja również szwankuje – zdecydowanie za dużo informacji zostało ujawnionych już na wejściu, więc, aby uniknąć spoilerów, skupmy się na właściwym zawiązaniu akcji.
Kiedy na stacji metra do pociągu wsiada młoda, ładna i odstawiona w markowe dodatki Carol, nic nie zapowiada, że będzie to jej ostatnia podróż. Tajemnicze problemy z oddychaniem kończą się zgonem. Na domiar złego miejsce, w którym dokonała żywota, stwarza okazję do kradzieży telefonu i plecaka z dokumentami, skutecznie pozbawiając policję i sanitariuszy możliwości identyfikacji kobiety. Ostatnią deską nadziei jest Jack Stapleton. Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że próba ustalenia przyczyn śmierci i tożsamości denatki nie jest dla tego lekarza medycyny sądowej jedynie zawodowym obowiązkiem, ale również formą ucieczki przed osobistymi bolączkami. Sekcja ujawnia, że zmarła przeszła przeszczep serca, organ dawcy ma DNA identyczne z biorczynią, a ona sama mogła być nosicielką niebezpiecznego wirusa. Jeszcze zanim pojawią się kolejne ofiary, Jack zaczyna podejrzewać, że miasto, Stany Zjednoczone i w zasadzie cały świat stoi przed groźbą pandemii na miarę Hiszpanki z 1918 roku.
Zwykle od thrillerów medycznych wolę te ze sprawcą widocznym gołym okiem, ale ten wyjątkowo zachęcił mnie opisem. Tym większe było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że autor postanowił boleśnie pozbawić mnie przyjemności płynącej ze stopniowego rozwiązywania zagadki już na kilkunastu pierwszych stronach. Nie potrzeba wykształcenia specjalistycznego, żeby dość szybko powiązać ze sobą wątki, po których pozostaje nam smętne patrzenie jak główny bohater w swoim tempie dojdzie do tych samych wniosków, co i raz wykrzykując: „Interesujące!”. Nie przesadzam, ostrożnie zakładając, że to słowo pada kilkadziesiąt razy (!), działając na nerwy równie mocno, co poczucie humoru Jacka.
Co prawda Robin Cook co i rusz podejmuje walkę z przewidywalnością, biologiczne zawiłości są przystępnie podane, a wąskie ramy czasowe czterech dni sprawiają, że książkę w miarę sprawnie się czyta, jednak rodzinna drama przypomina chomikowe kręcenie się w kółko, a sam finał poszukiwań Jacka jest po prostu żałosny. Naprawdę nie lubię sytuacji, w których pisarzowi wyraźnie kończą się pomysły, więc „złoczyńca” zmuszony jest wszystko ładnie wyśpiewać głównemu bohaterowi tylko po to, aby następnie podjąć naiwną próbę jego uśmiercenia.
Podsumowując, gdyby z „Pandemii” wyrzucić lub chociaż przeredagować pierwszą część prologu, postarać się o mniej irytujące postaci i wymyślić chociaż minimalnie bardziej widowiskowe zakończenie, być może miałaby szansę przemienić z pospolitego czytadła w pełnokrwisty thriller medyczny.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Robin Cook, „Pandemia”, Poznań, Dom Wydawniczy Rebis, 2019 r.
Komentarze