Kto by nie pamiętał kultowego już programu, w którym dwoje zawodowców-pracowników wrocławskiego zoo, opowiadało o życiu zwierząt w otoczeniu zwierząt? Pamiętam jakieś ostatnie odcinki i to, że bardzo im zazdrościłam. A potem dorosłam i pomyślałam, że w zasadzie to oni chyba mieszkali w ogrodzie zoologicznym. Bo niby skąd mieliby te zwierzęta?
Przez ponad czterdzieści lat zoo we Wrocławiu stanowili oni. Małżeństwo, które tam zamieszkało. On został dyrektorem, ona odpowiadała za zwierzęta, ale według byłych pracowników, to ona faktycznie rządziła ogrodem zoologicznym. Byli tacy, którzy ich szczerze nienawidzili, posądzając o zachowania bezmyślne i autorytarne. Bezmyślne głównie w stosunku do zwierząt. To, co współcześnie jest nie do pomyślenia, jeszcze w latach 70. i 80. było dość typowe. Zwierzęta kupowało się od handlarzy albo oferowało kilkumiesięczną kwarantannę, zanim zwierzę trafiało w ręce pracowników wskazanego ogrodu. Czasem także zabierało się z naturalnego środowiska, co doskonale widać na ostatnim przykładzie, czyli rodzinie niedźwiedzi brunatnych z Bieszczad.
Gucwińscy kochali zwierzęta, czasem na swój sposób, bo – co podkreśla autor – ktoś po zoologii, na której uczono głównie jak się obchodzić ze zwierzętami hodowlanymi, jak krowa czy świnia, nie zawsze potrafi to przenieść na zwierzęta dzikie. A w zoo trzeba to było zrobić. Z drugiej strony do wrocławskiego ogrodu trafiały także dziesiątki innych zwierząt, jak bezdomne koty, jerzyki, które nie zdążyły odlecieć do Afryki, a nawet jakieś osiołki czy konie uratowane z rzeźni. Niektóre metody pomocy zwierzętom były mocno dyskusyjne - trudno powiedzieć, czy przewożenie wspomnianych jerzyków w bagażu podręcznym w drodze do Afryki to na pewno dobry pomysł. Fakt, że Gucwińscy dokładnie w ten sposób dostarczyli ptaki do innych jerzyków.
Na kolejnych stronach podziwiamy ich i zastanawiamy, czy to, co robili, to na pewno dobry pomysł. Możemy również poznać od kulis pracę w telewizyjnym programie. Upływ czasu zmienia jednak podejście do ogrodów zoologicznych i sprawia, że mamy już nieco inne podejście do samych zwierząt. Współcześnie niektóre rozwiązania, promowane przez Hannę i Antoniego, byłyby uznane za znęcanie się nad zwierzętami. To właśnie taka sytuacja zwieńczyła ich karierę: Hanna zostaje posłanką, Antoni trafi jako oskarżony do sądu. Niedźwiadek Mago, którego historię nadal można odnaleźć w internecie, skutecznie zakończył ich symbiozę z ogrodem.
Cała ta historia przedstawiona jest z perspektywy różnych osób. Autor starał się dotrzeć do wielu osób, które mogłyby się wypowiedzieć w określonych sytuacjach. Czasem sami zainteresowani wolą się nie wypowiadać. Nam, czytelnikom, pozostaje sentymentalna podróż w czasie, gdy „Z kamerą wśród zwierząt” miało stanowić erzac. Miała to być podróż do świata, do którego nie wyjeżdżano albo robiono to rzadko. Chętni przeczytają, aby zobaczyć, jak się zmieniało podejście do zwierząt. Chyba jednak na lepsze.
Agnieszka Pogorzelska
(agnieszka.pogorzelska@dlalejdis.pl)
Marek Górlikowski, „Państwo Gucwińscy. Zwierzęta i ich ludzie”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2021
Komentarze