Muszę na samym początku przyznać się wam, że jestem fanką Pauliny Świst i chyba nawet jakby napisała dość potężnego gniota, to i tak będę się dobrze bawić, czytając jej powieść. Jednak w przypadku cyklu „Karuzela”, po przeczytaniu tomu drugiego („Sitwa”) postanowiłam sobie zrobić przerwę od książek tej autorki. Po prostu już chyba było tego trochę za dużo i poczułam przesyt powtarzaniem właściwie tego samego tylko w nieco innej fabule. Nie do końca więc byłam przekonana czy czytać „Paprocany”. Na szczęście dla mnie przełamałam się i sięgnęłam po najnowszą powieść Świst.
Tytułowe Paprocany to jezioro w Tychach, popularne na Śląsku miejsce wypoczynku. Tam też ostatni raz widziano bratanicę Zośki, osiemnastolatkę, która do tych grzecznych nie należała, zresztą wzorem swojej cioci i ku utrapieniu matki. Kobieta jednak tym razem martwi się o dziewczynę bardziej, niż zazwyczaj, gdyż Karolina od jakiegoś czasu nie odzywa się nawet do niej. Zosia podejrzewa, że stało się coś złego. Postanawia nie czekać i wziąć sprawy w swoje ręce. Z pomocą Krzysztofa, policjanta na przymusowym urlopie, prowadzi prywatne śledztwo. Zaginięcie nastolatki spycha jednak gdzieś w tył głowy, aby za bardzo nie szaleć z nerwów i świetnie jej się to udaje, tutaj również z pomocą Krzysztofa, a może nawet ZA jego pomocą. Wdają się oni bowiem w intensywny i namiętny romans, oczywiście po drodze zaliczając wiele zabawnych sytuacji i wpadek. Fabuła jest dość naciągana i mało prawdopodobna,. Zupełnie nie wiem jak Paulina Świst to robi, ale w przypadku jej książek ja po prostu we wszystko wierzę i łykam każdy wątek jak młody pelikan.
Skłamałabym, pisząc, że jest to inna powieść niż dotychczasowe pozycje od Pauliny Świst, ale stwierdzając totalnie nieobiektywnie, jest to zdecydowanie moja ulubiona książka autorki. Tak naprawdę nic was tutaj nie zaskoczy - dalej mamy rubaszny humor, mnóstwo przekleństw i znaną już nam doskonale historię prawniczki i policjanta z gangusami w tle. Dlaczego więc postrzegam ją na tyle inaczej od reszty, aby móc ją nazwać moją ulubioną? Jest tak z dwóch powodów. Po pierwsze historia przedstawiona w „Paprocanach” wydaje się bardziej osobista, niż to, co autorka dawała nam wcześniej. Choć nie wątpię, że wszystkie bohaterki i historie tajemniczej adwokatki mają w sobie ziarnko prawdy albo i jego sporą grudę, to jednak tutaj czuć to bardziej. Może się mylę, może nie, kto to wie? Po drugie, Zosia i jej romans z Krzyśkiem, jakoś najbardziej trafiły do mojego serca. Najwięcej podobieństw, wspomnień… nawet muzyki słuchałyśmy w swoim czasie takiej samej!
Jeśli lubicie prozę autorstwa Pauliny Świst, to się nie zawiedziecie. Aktualnie to jedne z nielicznych książek, które są w stanie na tyle zawładnąć moim umysłem, abym oderwała się od codzienności i po prostu doskonale bawiła. Jednak jeżeli jej poczucie humoru oraz historie, które opowiada, do was wcześniej niezbyt trafiały, to „Paprocany” tego nie zmienią. Dla fanów lub chcących się dopiero zapoznać z książkami Świst, serdecznie polecam.
Joanna Adamski
(joanna.adamski@dlalejdis.pl)
Paulina Świst, „Paprocany”, Wydawnictwo Akurat, Warszawa, 2020
Komentarze