Z ogromną przyjemnością sięgam po nowe wydania Terry’ego Prachetta, więc gdy tylko wydano kolejny, a dokładniej czterdziesty tom cyklu, sięgnęłam po niego.
Z opisu wydawcy dowiadujemy się, że w 40. tomie ze Świata Dysku ku zaskoczeniu Patrycjusza, lorda Vetinariego, w Ankh-Morpork pojawia się nowy wynalazek – wielka i hałaśliwa machina, wykorzystująca potęgę wszystkich czterech żywiołów: ziemi, powietrza, ognia i wody. I to właśnie wokół niej rozgrywa się akcja.
Choć mam ogromny sentyment do starszych wydań Pratchetta z rysunkowymi okładkami i to one podobają mi się bardziej, muszę przyznać, że nowe edycje robią naprawdę świetne wrażenie. Elegancka, ciemna okładka i solidna oprawa doskonale prezentują się na półce, a cała seria zyskała spójny, nowoczesny wygląd. To na pewno ma szansę przyciągnąć nowych odbiorców.
Fabuła tego tomu rozwija się nieco spokojniej niż w wielu innych częściach cyklu, ale ani na chwilę nie zakrada się do niej nuda. Motywy przywiązania do tradycji i strachu przed nowością Pratchett przedstawił tu w swoim bardzo specyficznym stylu. Chwilami kąśliwy sarkazm i ironia przeplatały się z czarnym humorem, a absurd był poganiany absurdem. Lekkość, z jaką autor połączył to wszystko, sprawiła, że czytało się łatwo i szybko.
Obserwacje społeczne czy nawet polityczne, a także wytknięcia ludzkich przywar wydały mi się niezwykle aktualne. Podoba mi się, jak mimo lekkiego stylu, Pratchett potrafi skłonić do refleksji. Jednym z kluczowych elementów sukcesu książki są bohaterowie, między którymi toczą się żywe dialogi pełne ciętych ripost. Znany z innych tytułów przezabawny Moist von Lipwig parę razy zaskoczył swoją pomysłowością w najróżniejszych sytuacjach. Mimo że nie jest on moim ulubieńcem, bardzo podoba mi się jego złożoność, niejednoznaczność. Mam wrażenie, że w jego przypadku wyjątkowo zacierały się granice między zaletami i wadami. Acz nie jest on jedyną barwną postacią w tym tytule!
Jak zawsze u Pratchetta w tytule mamy całą paletę barwnych postaci, co do których nie da się nie żywić najrozmaitszych uczuć i emocji. Niektóre są trochę przerysowane, jednak w każdym przypadku widać celowość tego zabiegu. Konflikt krasnoludów dotyczący tradycji i zmian na pierwszy rzut oka może wydawać się prosty, jednak wnikliwy czytelnik powinien docenić jego wielowątkowość. Można nawet powiedzieć, że gobliny jawią się jako zbiorowa personifikacja walki z uprzedzeniami. Swoją drogą mam wrażenie, że każdy autor fantasy ma nieco inne spojrzenie na gobliny. W „Parze w ruch” wydały mi się sympatyczne w charakterystyczny dla tego pisarza sposób.
Po raz kolejny Pratchett zaserwował też parę mocnych, niezależnych postaci kobiecych, które są bardzo ciekawe z wielu powodów. Nie chciałabym pisać tutaj o bohaterach z dalszych planów, by niczego nie spoilerować.
„Para w ruch” to jednocześnie przyjemna i zabawna książka fantasy dla czytelników w różnym wieku, jak również satyra na rozwój cywilizacyjny, biurokrację, politykę i ludzką niechęć wobec zmian. Książkę czyta się z uśmiechem, ale po zakończeniu lektury trudno nie zastanowić się, jak wiele z opisanych mechanizmów doskonale funkcjonuje również we współczesnym świecie. Choć tytuł ten nie należy do moich ulubionych, wydaje mi się jednym z dojrzalszych pióra Pratchetta.
Kinga Żukowska
Terry Pratchett, „Para w ruch”, Prószyński i S-ka, 2026.
Komentarze