Paryż wymalowany miłością

Recenzja książki Uwodzicielka.
Książka Elizabeth Robards wychodzi poza sztywne ramy miłości, maluje nieśmiało pierwsze obrazy farbą olejną (pokazuje bowiem narodziny impresjonizmu)...

w tle delikatnie szkicuje wojnę francuską, tak naturalnie, żeby nie wybijała się na plan pierwszy, gdzie Berthe Morisot prowadzi nas przez świat malarstwa XIX wieku, a i przez jej własne życie.

Tytuł książki przywodzi na myśl czytelnikowi płytką historyjkę romansu, który osadzony w misternym planie miłosnych uniesień, zwyczajnie nudzi. Tytuł bywa złudny, zwłaszcza, kiedy jest trochę na przekór fabule. Komu z nas "Uwodzicielka" zda się czymś więcej niż głupiutkie umizgi? Czymś ponad niedościgniony ideał miłości, który piastowany delikatnie w literaturze, mdli nieprzyzwoitym fałszowaniem prawdy? A jednak. Książka Elizabeth Robards wychodzi poza sztywne ramy miłości, maluje nieśmiało pierwsze obrazy farbą olejną (pokazuje bowiem narodziny impresjonizmu), w tle delikatnie szkicuje wojnę francuską, tak naturalnie, żeby nie wybijała się na plan pierwszy, gdzie Berthe Morisot prowadzi nas przez świat malarstwa XIX wieku, a i przez jej własne życie.

"Uwodzicielka" to pamiętnik. Napisany z pomysłem przez kobietę, która przebywając w Paryżu, oglądając tamtejsze galerie, zainspirowała się twórczością Morisot. Świat przedstawiony to doskonale dopasowane puzzle literackiej fikcji z faktami. W posłowiu autorka pisze śmiało: "W powieści starałam się jak najwierniej przedstawić udokumentowane fakty z życia Berthe Morisot i Edouarda Maneta. Należy jednak w tym miejscu podkreślić, że jest to przede wszystkim fikcja literacka. Wykorzystywałam korespondencję Berthe- niektóre listy cytowałam słowo w słowo, inne stanowią wyłącznie twór mojej wyobraźni".

Obwoluta książki głosi, że Morisot bledła w cieniu ówczesnych sław, którymi się otaczała. Między Degasem, Pissarrem, Monetem, Renoirem czy wreszcie Manetem. Nikt nigdy nie zakwestionował jej talentu, ale też nikt nie wywyższył na upragniony piedestał, jakim w tym przypadku była nagroda Salonu przyznawana corocznie. Obrazy, które nieustannie zgłaszała do konkursu, pozostawały bez komentarza, pominięte, nie muśnięte nawet najlżejszą krytyką, ani też zmiażdżone kojącą pochwałą. Berthe dość ma akademizmu, akwareli, wyraźnych konturów, artystycznego pietyzmu, którego oczekiwały galerie. Koniec schematom mówi jednak nie tylko w kwestii sztuki, ale też w sferze życia prywatnego, w którym pojawia się "dandys i uwodziciel" Edouard Manet. Manet, jak to zwykle bywa, jest uroczo przystojny, ma błysk w oku, cięty dowcip, zgrywa niezależnego, osadzonego we własnym, odgrodzonym do reszty świecie, artystę. Jego akt "Olimpia" wywołuje sprzeciwy znawców, oburza społeczeństwo, które w bulgocie powszechnego oburzenia, odrzuca artystę od przyjętego kanonu piękna. I jak tu nie imponować kobietom? Dodawać pewnie nie trzeba, że Morisot to piękność, zbierająca nieustanne laury pochwał, które spływają na nią pod postacią komplementów i kolejnych propozycji rzekomo korzystnych mariażów. Mimo wszystko nie decyduje się na zamążpójście, które uparcie podsuwa jej pod nos zdesperowana matka. Morisot i Manet podobno kochali się naprawdę, co wynika z relacji biografów zajmujących się artystami. Jak wygląda burzliwa historia ich romansu (a jest naprawdę burzliwa!) oczami Elizabeth Robards?

To historia napisana z rozmachem. Z wyobraźnią, bez nadmiernej zabawy językiem, stylem prostym, a trafiającym do odbiorcy. Bez przesadnej eskalacji uczuć, które zalewały Berthe, a które na kartkach opisano idealnie. Paleta postaci została skonstruowana ciekawie. Niemal każdy posiada cechy dystynktywne, nie stapia się z paryską ludnością. To historia zmysłowa, bez wulgaryzmu, a przez to minimalnie erotyczna.  Ponad miłość, która sama w sobie, jak sztuka dla sztuki, na kartkach nie bywa ekscytująca, jest więcej. Książka pokazuje początki awangardy. Narodziny czegoś nowego, nie tylko w sercu, nie tylko na płótnie, lecz także politycznie. Nie ośmieliłabym się nazwać jej płytką, bo zwyczajnie nią nie jest. Meandry miłości, sztuka i najpiękniejsza stolica Europy tworzą doskonałą kompozycję (nie mylić z utopijną!), którą szczerze polecam nie tylko zainteresowanym malarstwem.

Natalia Kędziak
(natalia.kedziak@dlalejdis.pl)

Elizabeth Robards, "Uwodzicielka", Prószyński i S-ka, Warszawa 2010


Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat