„Pasażerka” - recenzja

Recenzja książki „Pasażerka”.
Tajemnicza dziewczyna uciekająca przed prawdą… o sobie.

Dobiegającą trzydziestki barmankę Tanyę Dubois poznajemy, gdy siedzi wygodnie w domowym fotelu, sącząc bourbona. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż chwilę wcześniej u podnóża schodów znalazła zwłoki swojego męża. Zamiast przerażenia czy smutku, bohaterka zdaje się odczuwać swego rodzaju ulgę, że w ten oto sposób przyszedł czas pożegnać się z przybraną przed laty tożsamością i człowiekiem, który nocami wydawał dźwięk zbliżony do tartaku w szczycie sezonu. W końcu kobieta postanawia spakować manatki, szybko i namiętnie pożegnać się ze swym kochankiem, a następnie wybrać w podróż w nieznane, co dla policji i zapewne większości czytelników może sugerować pośrednie przyznanie się do winy.

Wbrew wprowadzającemu w błąd opisowi, jaki można znaleźć na okładce i w Internecie, głównym wątkiem „Pasażerki” nie jest domniemane morderstwo. Nie ma też żadnych zaników pamięci czy nerwowego tuszowania dowodów. Wątpliwości, co do udziału Tanyi w odejściu wieloletniego małżonka i zarazem pracodawcy, zostają rozwiane już na drugiej stronie powieści – „Nie miałam nic wspólnego ze śmiercią Franka. Niestety, nie mam alibi, więc musicie uwierzyć mi na słowo”. Zakładając, że nie kłamie, prawdziwe pytanie brzmi więc: Skoro jest niewinna, to dlaczego ucieka? Co tak naprawdę próbuje ukryć przed światem i czy jest to warte bycia uznaną za potencjalną zabójczynię? Kim w rzeczywistości jest Tanya Dubois?

Paradoksalnie, w książce koncentrującej się na ciągłym, coraz bardziej męczącym zarówno samą zainteresowaną, jak i czytelnika, udawaniu kogoś innego, nigdy nie dostajemy satysfakcjonującej odpowiedzi na to, kto kryje się pod fasadą kolejnych przebrań. Pomimo zastosowania narracji pierwszoosobowej, nasza relacja z główną bohaterką jest równie powierzchowna, co większości mijanych po drodze postaci. Więcej jest tu zmian fizjonomii, danych osobowych i miejsc zamieszkania, bezsensownego rozlewu krwi, kradzieży i mniej lub bardziej niebezpiecznych sytuacji podbramkowych niż zgłębiania psychologii kogoś skazanego zarówno na mentalną, jak i dosłowną banicję. Trudno jednak określić czy jest to wypadek przy pracy, czy może po części zamierzony efekt autorki. Jakby nie patrzeć, Tanya spędziła na byciu kimś innym jedną trzecią swego życia i to na etapie, na którym większość z nas z różnym skutkiem próbuje określić, kim jest. Jest to wystarczająco trudne bez dokładania do tego ciężaru związanego z ciągłym porzucaniem i tworzeniem na nowo kolejnych wersji siebie. W tym aspekcie Lisa Lutz mogłaby więc liczyć na pewien kredyt zaufania, gdyby na dobre nie zniszczył go sposób, w jaki postanowiła zakończyć całą historię. Nie chcąc zdradzać szczegółów, napiszę tylko, że przywodzi on niestety na myśl brazylijską telenowelę.

„Pasażerka” miała być w założeniu thrillerem psychologicznym, jednak ostatecznie stała się dość monotonnym dramatem pogrzebanym przez schematy, zbędne nagromadzenie tanich zwrotów akcji, płytkość bohaterów, a przede wszystkim tandetny finał.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

Lisa Lutz, „Pasażerka”, Warszawa, Wydawnictwo Akurat, 2018 r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat