Biorąc w dłonie kryminał skandynawski spodziewamy się mrocznego klimatu i niezbyt sprzyjającej aury. Tym razem nic z tego. Mons Kallentoft zabiera nas do Palmy – turystycznego serca Balearów. Czujemy żar płynący z nieba i pot spływający po naszych plecach. W jak sposób główny bohater – Szwed z krwi i kości – znalazł się w tej mekce turystów? Aby dowiedzieć się, co skłoniło Tima Blancka do przeprowadzki, musimy zacząć od początku.
Dzieci, zwłaszcza te nastoletnie, są prawdziwą zmorą dla wszystkich rodziców. Ich pomysły i marzenia nie zawsze należą do kategorii „bezpieczne i racjonalne”. Takie są uroki młodości. Kto z nas nie popełniał błędów? Co zrobić jednak, gdy nastoletnia córka wyjeżdża z grupą przyjaciół na wymarzone wakacje i ślad po niej ginie? Jak poradzić sobie ze stratą i wyrzutami sumienia, które atakują znienacka? Tim od trzech lat poszukuje Emme. Jako lokalny dziwak wrasta w krajobraz miasta, gdy tymczasem jego była żona próbuje poskładać swoje życie na nowo (a może tylko tak jej się wydaje).
Wydarzenia opisane w „Patrz, jak spadam” do złudzenia przypominają historię Iwony Wieczorek. Noc, samotna dziewczyna, impreza z przyjaciółmi i urwany trop. Miejskie kamery nie zarejestrowały całej trasy, którą przebyła zaginiona. Rodzice nadal żyją w niepewności, a każdy dzień jest dla nich torturą. Zupełnie jak Rebecka i Tim, którzy podświadomie marzą, by wydarzył się cud lub liczą na zdobycie pewności, że ich dziecko nie żyje.
Aby zatopić się w tej lekturze trzeba znaleźć w sobie na tyle empatii, by poczuć dramat głównego bohatera, zrozumieć jego motywacje. Jeśli tego nie zrobimy, wpadniemy w prawdziwy chaos. Obrazy z przeszłości będą mieszać się z teraźniejszością, a mary senne z wydarzeniami na jawie. Skupienie jest głównym czynnikiem, który pozwoli nam przebrnąć przez tę lekturę bez zniecierpliwienia. Mons Kallentoft zaryzykował i wrzucił czytelnika w środek umysłu zrozpaczonego rodzica. Akcja początkowo toczy się niespiesznie, a szczegółowe opisy egzotycznej wyspy jeszcze spowalniają jej tempo. Lektury nie ułatwiają także urywane bez ostrzeżenia wątki, zmiany narratora i przeskoki czasowe. W połowie autor przyspiesza i dostajemy mocny komunikat o korupcji, dostępie do narkotyków, alkoholu, seksie i brudnych interesach w turystycznym raju. Od tego momentu z coraz większym zaangażowaniem kibicowałam Timowi w jego walce o prawdę.
Zdecydowanie nie polecam tego tytułu miłośnikom kryminałów w czystej formie. „Patrz, jak spadam” to raczej dramat psychologiczny, który pokazuje siłę autodestrukcji, którą nosi w sobie każda istota ludzka. Jeśli w porę nie wydostaniemy się z tej matni, spadniemy w otchłań smutku, pesymizmu i czarnych myśli. Czy ta książka może mieć pozytywne zakończenie? Przekonajcie się sami.
Anna Wasyliszyn
(anna.wasyliszyn@dlalejdis.pl)
Mons Kallentoft, „Patrz, jak spadam” , Poznań, Dom Wydawniczy Rebis, 2021
Komentarze