Zu to kobieta do zadań nie tyle specjalnych, co pechowych. Kompletne beztalencie kulinarne z tendencją do popadania w tarapaty w każdym możliwym miejscu i czasie. Śledzimy zatem jej pechowe koleje losu, a tych co niemiara! Zła karma prześladuje ją w pracy, w konsekwencji czego zostaje wydelegowana do prowincjonalnego miasteczka, gdzie życie ma całkiem inny rytm, a zgoła odmienna mentalność mieszkańców dziwi. W udanym małżeństwie wszystko niby gra. Niby, bo szkopuł tkwi w tym, że tymczasowo to związek na odległość. Mąż Zu pracuje bowiem w Londynie. A ona z niecierpliwością czeka na jego stały powrót, a nie sporadyczne wizyty. Jej myśli szybko zaczyna jednak zaprzątać inna sprawa. I to kryminalna. Pechowa Zu staje w samym centrum afery w miasteczku. Ot, los sprawił, że znalazła się w nieodpowiednim miejscu i czasie, co zresztą zdarza się jej dość często. Zobaczyła coś, co zakrawało na morderstwo, ale jak tu być wiarygodną, kiedy rzekoma ofiara uciekła z miejsca zdarzenia. Miejscowa policja zakasuje rękawy i z prowincjonalnym mozołem bierze się za tropienie uciekiniera. A ten to się pojawia, to znów znika.
Książka obfituje w mnóstwo sytuacji pełnych gagów. Właściwie to cała jest jednym wielkim gagiem, który przyczynia się do wzrostu częstotliwości skurczów brzucha wywołanych wybuchami śmiechu. A tych przy lekturze „Kobiety do zadań specjalnych” nie brakuje, bo choć główna bohaterka momentami może przyprawiać o silne poczucie irytacji swoją wiecznie pechową osobowością, to jest postacią na tyle komiczną, że bawi do łez i jestem w stanie wybaczyć jej tą życiową nieporadność.
Autorka zaserwowała nam lekturę niezwykle lekką i przyjemną. W sam raz na łagodzenie pierwszych objawów jesiennych, ponurych nastrojów. Z tą książką w dłoni, choć prze kilka godzin poświęconych śledzeniu przygód Zu, jesień zdaje się być niestraszna.
Katarzyna Stec
(katarzyna.stec@dlalejdis.pl)
Iwona Czarkowska, „Kobieta do zadań specjalnych”, Replika 2010
Komentarze