Filmy Quentina Tarantina uwielbiam wręcz obsesyjnie, więc nie dość, że na każdy nowy tytuł już w pierwszych dniach biegnę do kina (mimo, że nie cierpię chodzić do takich miejsc), to oglądam je systematycznie. Można powiedzieć, że znam je na pamięć. Nie ukrywam jednak, że gdy tylko pojawiły się doniesienia na temat książki, zdziwiłam się. Z kolei kiedy już się ukazała, zdobyłam ją najszybciej, jak to możliwe. Ogromnie ciekawiło mnie, czy utrzymany został poziom filmu. Czy to zwykłe przeniesienie go do literatury? Czy rozwinięcie i pokazanie szerszej perspektywy?
Pierwsze dzieło fabularne Quentina Tarantino – jednocześnie zabawne, smakowite i brutalne – to nieustannie zaskakująca, czasem szokująca adaptacja jego nagrodzonego Oscarem filmu. Rok 1969 w Hollywood. Wydaje się, że aktor Rick Dalton i jego dubler Cliff Booth są u schyłku swoich karier. Gwiazda telewizyjna podejmuje desperackie kroki w celu utrzymania swojej pozycji w branży. Tymczasem sekta Charlesa Mansona planuje zamordowanie wszystkich wówczas obecnych w willi reżysera Romana Polańskiego i jego żony Sharon Tate, którzy są sąsiadami Daltona. Przypadkiem ich drogi się krzyżują.
Choć okładka idealnie pasuje do treści i samego Tarantina, kojarząc się z okładką filmu lub plakatem kinowym, to jednak do samego wydania mam małe zastrzeżenia. Ogromna książka na każdej stronie zawiera mało tekstu wydrukowanego dużą, przejrzystą czcionką. Za wiele tam „bieli”, co niepotrzebnie pogrubia wydanie. To może odstraszyć wielbicieli dynamicznego kina.
Już pierwsze linijki udowadniają jednak, że nie ma się czego bać. Wbrew pozorom książka nie jest bardzo długa, a już na pewno nie czyta się jej powoli. Pod tym względem przypomina wciągający film akcji. Dialogi, jak i wszelkie opisy, są niezwykle żywe. Sposób narracji w pewien sposób również wydał mi się filmowy, bardzo obrazowy, co idealnie dopasowało się do treści.
Historia znana z filmu została tak jak w nim, poprowadzona wartko, a jednocześnie bogato rozbudowana. Trzymanie w napięciu, granie emocjami (czasem skrajnymi), szokujące sceny oraz mocne teksty i humor (z racji którego raz po raz parskałam pod nosem) – tarantinowska esencja! Wulgaryzmy są w pełni uzasadnione, a mimo że postacie wydawały się prosto przeniesione z ekranu na papier, to studium charakterów, gama ludzkich zachowań została dopieszczona maksymalnie. Choć wszyscy filmowi bohaterowie Tarantina są niejednoznaczni, w tym przypadku autor dał nam możliwość wejścia do ich głów. Spodobało mi się zgranie tego z akcją, która ani na moment nie zwalniała. Nie było w tym przesady, przerysowania innego, niż tego w stylu Tarantina. Gdzie bowiem puścił wodze fantazji, kreując świat po swojemu, znalazł punkt idealny. Trochę karykaturalny, ironiczny i… po prostu specyficzny.
Podzielił się w dodatku swoją wiedzą związaną z kinem. Nie brak rozważań na ten temat „od kulis”. Perspektywa kaskadera zachwyciła mnie tu, podobnie jak w filmie. Pozwoliła na spojrzenie na Hollywood końca lat 60. XX wieku z dystansem. Klimat ten został zarazem oddany w pełni satysfakcjonujący sposób, wręcz namacalnie.
„Pewnego razu w Hollywood” nie jest dobrą książką. To wybitne, iście filmowe dzieło do czytania, w którym łatwo utonąć. Od bohaterów, przez fabułę, język i charakterystyczne „smaczki” – mistrzostwo. Tytuł, który każdy fan Tarantina musi przeczytać. Spokojnie jednak zjedna sobie także osoby zainteresowane kinem ogólnie. Książkę polecam całym sercem. Innym… poniekąd również, jednak trzeba brać poprawkę na autora - jest specyficzny, więc jeśli ktoś nie lubi jego filmów, prawdopodobnie nie ma co się na książkę porywać.
Kinga Żukowska
(kinga.zukowska@dlalejdis.pl)
Quentin Tarantino, „Pewnego razu... w Hollywood”, Marginesy, 2021.
Komentarze