Generalnie stronię od serii kryminalnych. Zdecydowanie wolę otwierać książkę, mając świadomość, że za kilkaset stron wszystkie wątki zostaną domknięte, a ja z większym lub mniejszym żalem pożegnam się zarówno z tymi dobrymi, jak i wzbudzającymi lęk swym okrucieństwem bohaterami. Pierwszy tom musi być naprawdę wciągający, abym rozważała sięgnięcie po kolejny, a już szczególnie, kiedy wiem, że i ten nie będzie ostatnim. Tak też było w przypadku „Czwartej małpy”, którą dwa lata temu uznałam za całkiem obiecujący wstęp do większej całości. Czy „Piąta ofiara” się obroniła, a starcie seryjnego mordercy ze styranym życiem detektywem po raz drugi zapewniło porządną dawkę emocji?
Tym razem punktem wyjścia jest znalezienie ciała nastolatki w zamarzniętym jeziorze, jednak jakim cudem dziewczyna niepostrzeżenie trafiła do zbiornika, która zamarzł kilka miesięcy wcześniej i dlaczego ma na sobie ubrania należące do innej zaginionej uczennicy? Biorąc pod uwagę zupełnie inne modus operandi, mogłoby się wydawać, że Sam Porter z ekipą rozpoczynają nowe śledztwo i mogą zostawić sprawę #4MK FBI, tym bardziej, że biuro i tak ją oficjalnie przejęło. Jak to zwykle bywa z upartymi gliniarzami, i tym razem również, Sam nie odpuszcza i kontynuuje dochodzenie na własną rękę, a to prowadzi go do spotkania twarzą w twarz z matką Bishopa.
Czytając „Czwartą małpę”, czułam, że autor wie, co robi i ma przed oczami jasną wizję. Po lekturze rozczarowującej „Piątej ofiary” nie jestem pewna, czy ona w ogóle istnieje. Dłuższa o ponad 120 stron książka pełna jest typowych zapychaczy: zbędnych opisów, niewiele wnoszących i/lub przydługich scen (debata nt. roślin doniczkowych!), niemających przełożenia na rzeczywistość teorii (jak ta o zależności między rozmiarem stopy i wzrostem), a nawet sztucznie przeciąganych rozdziałów. Jednocześnie trudno mówić o jakimkolwiek klimacie, napięciu, czy rozwoju postaci.
Można odnieść wrażenie, że twórca dwoił się i troił, aby tylko nie zdradzić nam za wiele. Kiedy pod koniec Anson zamiast odpowiedzieć jak człowiek wypala „Chętnie omówiłbym to wszystko ze szczegółami, ale jak już mówiłem, spóźniłeś się, więc czas nas goni” poczułam się zwyczajnie oszukana. Ostatecznie z miliona pytań i wątpliwości otrzymujemy odpowiedź na ich ułamek. Twist związany z rodzicielką Ansona nie ma sensu, biorąc pod uwagę ocenę wieku dokonaną przez Portera, nawet jeśli na karb błędu złożymy fakt, iż chłop jest zwyczajnie złakniony kobiecego piękna, to przecież wciąż jest policjantem z niemałym doświadczeniem.
Podsumowując, „Piąta ofiara” nie trzyma poziomu swej poprzedniczki, a jej końcówka nieco zbyt bliska obecnym realiom niespecjalnie zachęca do sięgnięcia po trzeci i zarazem ostatni tom trylogii o Zabójcy Czwartej Małpy. Moim zdaniem autor przekroczył granicę między ekscytującym wodzeniem czytelnika za nos, a nadmiernym nadużywaniem jego cierpliwości i kredytu zaufania.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
J.D. Barker, „Piąta ofiara”, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B., 2019 r.
Komentarze