Czy istnieje jakaś uniwersalna granica wyznaczająca człowieczeństwo?
„Przez bramę dokładnie widać było plac apelowy i pierwsze baraki dla więźniów. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem pasiaste ubrania (…).Ubrania te rozśmieszyły mnie (…), powiedziałem: patrz, jaki dom wariatów, zobacz te wariackie ciuchy(…). W końcu esesmani zajęli się nami”.
Wyobraźcie sobie miejsce, w którym ludzie są bici, zastraszani czy podpalani za najmniejsze „przewinienia” – a czasem i bez tego. Po prostu dla zasady, dla zachowania porządku w hierarchii. Słowne upokarzanie jest tu bezspornie niczym w odniesieniu do bólu fizycznego, jaki wielokrotnie odczuwali więźniowie hitlerowskich obozów koncentracyjnych. Wyobraźcie sobie, że to potworne upodlenie człowiek potrafi wyrządzić człowiekowi. Czy kogoś tak zepsutego przez chorą ideologię można nazwać człowiekiem? A może dziką i krwiożerczą bestią?
„Nikt tam nie miał czasu zajmować się niedolą innych, bo sam bez przerwy był tym samym zagrożony. Do tego dochodziła obawa, czy na bloku wszystko jest w porządku (…) za każde z przekroczeń meldunek i klika dni wiszenia na słupku albo dwadzieścia pięć razy w tyłek, po czym tyłek fioletowy”.
Praca ponad ludzkie siły, marne racje żywnościowe, nawet w jednej czwartej nie rekompensujące poniesionych strat energii. Ograniczona ilość snu, a dodatkowo strach przed zmrużeniem oczu – bo przecież nie wiadomo, co będzie dalej. Do tego ciągłe popędzanie i bicie za ewentualne niedociągnięcia w pracy (albo za nic). Jaki był wzór na bycie więźniem idealnym – jeśli można tak powiedzieć? Jak mówił komendant jednego z obozów, w którym przebywał pisarz Stanisław Grzesiuk: „porządny więzień nie powinien w obozie przeżyć dłużej niż pięć miesięcy”.
„Wielu z tych, którzy przeżyli, często zawdzięcza to ludziom, którzy przed wojną należeli do tych gorszych. Gdy mówię, że w obozie zagłuszano uczucia, myślę o tym z jakim spokojem i z jaką obojętnością patrzyło się na krzywdę i śmierć innych ludzi. Każdy zajęty był sobą, troską o przeżycie godziny, pół dnia, pół nocy, dnia i nocy. W każdej chwili człowiek mógł być zabity”.
Stanisław Grzesiuk, autor książki „Pięć lat kacetu” i jednocześnie bohater opisywanych przez siebie wydarzeń w obozach koncentracyjnych (Dachau, Mauthausen, Gusen) spędził łącznie spędził 5 lat. Wojna brutalnie zabrała mu młodość, gdy miał 22 lata. W hitlerowskim piekle pisarz doznał wszystkiego, co podłe. Jednak w przeciwieństwie wielu do innych więźniów, ten charyzmatyczny Warszawiak nieustannie walczył o życie. Głównie walczył o to, by nie załamywać się psychicznie, bo wiedział, że chociaż na to ma wpływ.
„Pięć lat kacetu” to zbiór wspomnień z II wojny światowej, które Grzesiuk wydał już w 1958 roku. Publikacja została wznowiona przez wydawnictwo Prószyński oraz uzupełniona o fragmenty, które wcześniej usunięto przez cenzurę i pierwszego wydawcę. Najnowsza wersja książki zawiera m.in. takie wspomnienia, za które pisarzowi wytoczono proces w sądzie.
Literatura Stanisława Grzesiuka pod względem językowym nie zalicza się do tych górnolotnych. Jest dosyć prosta, niewyszukana. Autor był robotnikiem, który do końca życia nie uznawał się za pisarza. Do spisywania wspomnień nakłoniły go inne osoby. Myślę, że ubogość językowa i „pisanie tak jak się mówi” nie rzutuje w znaczący sposób na ogólną ocenę publikacji. Tutaj liczy się coś innego – ukazanie prawdy widzianej oczami spisującego bolesne wspomnienia. A także dbałość o szczegóły, wszechstronne spojrzenie na rzeczywistość, czyli ogólnie zapał kronikarza.
Ewelina Grzesiuk
(ewelina.grzesiuk@dlalejdis.pl)
Grzesiuk Stanisław, „Pięć lat kacetu”, wyd. Prószyński, Warszawa 2018
Komentarze