Ogromną przyjemność sprawiają mi powroty do książek Terry’ego Pratchetta oraz uzupełnianie braków i poznawanie tego, czego nie miałam jeszcze okazji przeczytać. Zmotywowało mnie do tego wznowienie i odświeżenie od strony wizualnej książek Pratchetta przez Prószyński i S-ka.
Bohater książki „Piekło pocztowe” – Moist von Lipwig – to artysta oszustwa. A także hochsztapler i człowiek, który musi dokonać życiowego wyboru: zostanie powieszony albo postawi na nogi konające usługi pocztowe w Ankh-Morpork. Musi dopilnować, by przesyłki docierały na miejsce, choćby na przeszkodzie stanął im deszcz, grad, śnieg, psy, Przyjazne i Dobroczynne Stowarzyszenie Pracowników Pocztowych, zły prezes zarządu kompanii semaforowej Wielkiego Pnia oraz nocny zabójca.
Choć sercem jestem przy starych wydaniach z detalicznymi, rysunkowymi okładkami, muszę przyznać, że „Piekło pocztowe” w twardej okładce z niemal malarską ilustracją prezentuje się bardzo elegancko. Wreszcie widać, że nie jest to książka tylko dla dzieci.
„Piekło pocztowe” to jedna z tych książek, w których humor jest w zasadzie na każdej stronie, bo autor śmieje się ze wszystkiego. A czytelnik (przynajmniej ja) wraz z nim, kiwając ze zrozumieniem głową.
Na cel tym razem Pratchett wziął przede wszystkim działanie wielkich firm, biurokrację i marketing. Całe mnóstwo zjawisk znanych w naszym świecie zostało ukazanych w charakterystycznym krzywym zwierciadle i osadzone w realiach wariackiego fantasy. Pisarz po raz kolejny pokazał, że jest mistrzem pisania na dwóch poziomach. Dzięki temu młodsi czytelnicy będą się dobrze bawić, śledząc losy barwnych i różnorodnych postaci, a starsi po przyjemnej lekturze prawdopodobnie zostaną z różnymi przemyśleniami.
W tym tomie dostajemy pratchettowską esencję. Jego specyficzny styl i barwny, opisowy język sprawiają, że czyta się bardzo szybko i trudno się oderwać od lektury. Mnie przypadł do gustu szczególnie wątek firmy Grand Trank, przy której dobrze widać, jak wielkie korporacje starają się dyktować warunki i eliminować konkurencję, aby zmonopolizować rynek, stawiając zysk ponad wszystko. Przemawia do mnie podejście Pratchetta do kwestii postępu. Ewidentnie nie kpi z samej technologii, lecz z przekonania, że wszystko, co stare, automatycznie jest bezużyteczne i powinno odejść do lamusa.
Nie chciałabym zdradzić za dużo z fabuły, jednak śmiało mogę powiedzieć: dzieje się w niej bardzo dużo. Dodam jeszcze tylko, że tytuł ten wydał mi się skrojony dla mnie, bo została tu wytknięta z ironicznym dystansem ludzka skłonność do przywiązywania się do rzeczy, które teoretycznie dawno powinny pozostać przeszłością. A wiem, że to i moja przypadłość.
A skoro już mowa o nowych czytelnikach. Wydaje mi się, że nie będą mieli problemu z odnalezieniem się w tej publikacji bez znajomości reszty książek autora, bo choć stali bywalcy Świata Dysku pojawiają się tu i dodają pewne charakterystyczne smaczki, nie jest to kontynuacja wcześniejszych tomów.
Nie sposób nie pochwalić bohaterów, którzy są wielopłaszczyznowi i ciągle zaskakują. To w ich usta wstawione zostały dialogi: czasem zabawne, czasem gorzkie, czasem dające do myślenia, a czasem… wszystko jednocześnie. W książce uświadczymy całą paletę bohaterów pozytywnych, jak i negatywnych, a także… tych pośrodku. Za to uwielbiam Pratchetta! Świetnie ich kreuje i choć to fantasy, są bardzo realistyczni.
Choć „Piekło pocztowe” ukazało się ponad dwie dekady temu, historia rywalizacji starego systemu z nowym, walki o klienta i próby przekonania ludzi, że potrzebują dokładnie tego, czego jeszcze wczoraj nie chcieli, brzmi zaskakująco znajomo. Terry Pratchett po raz kolejny udowadnia, że fantastyka może być świetnym narzędziem do opowiadania o bardzo realnych sprawach. I robi to w swoim stylu: ciętym językiem, nie szczędząc satyry, ironii i złośliwości, doskonale odnajdując się w kontrolowanym chaosie.
Kinga Żukowska
Terry Pratchett, „Piekło pocztowe”, Prószyński i S-ka, 2026.
Komentarze