Która z kobiet nie chciałaby zamieszkać w Pałacu Elizejskim? 11 tysięcy metrów kwadratowych (choć prezydencka część mieszkalna wynosi dużo mniej), służba przez całą dobę i wystawne, światowe życie. Okazuje się jednak, że mieszkanie w Pałacu Elizejskim może być przekleństwem. Podobnie przekleństwem może być bycie Pierwszą Damą. I nie każda Pierwsza Dama chciała nią być.
Robert Schneider maluje na kartach swojej książki osiem niezwykłych kobiecych portretów. Każda z Pierwszych Dam miała odmienną wizję siebie i swojej roli u boku męża. Yvonne de Gaulle – zawsze w cieniu generała, surowa, bezkompromisowa, w swoich poglądach wręcz dewocyjna. Claude Pompidou, która, choć nie chowała się w zakamarkach Pałacu Elizejskiego, to z niecierpliwością czekała na zakończenie prezydentury męża i związany z nim powrót do dawnej swobody. Bernadette Chirac czuła się za to w Pałacu Elizejskim jak ryba w wodzie. A Cécilii Sarkozy? Raczej nie chciała zostać Pierwszą Damą… i długo nią nie była. To tylko część kobiet, które przez kariery swoich mężów z dnia na dzień znalazły się na francuskim świeczniku, choć niekoniecznie tego chciały. Przekonały się za to, że życie w pałacu Elizejskim to nie sielanka, że bywa męczące i nużące. Że mają go dość, że tęsknią do dawnego życia.
„Pierwsze damy Francji” to perełka wśród książek faktograficznych. Niezwykle ambitna, skierowana stricte do kobiet. Przede wszystkim – nie można się przy niej nudzić. Historie poszczególnych kobiet opowiedziane są bardzo obrazowo. Autor przytacza nie tylko fakty z życia Pierwszych Dam. W książce umieścił także szeroki wachlarz cytatów oraz wspomnień i opinii osób z kręgu prezydenckich par. Część informacji oparta jest na przypisach źródłowych – dzięki temu w łatwy sposób można znaleźć inne interesujące nas pozycje dotyczące tematu. Mocną stroną książki jest niewątpliwie jej ciekawy, żywy język. Dzięki temu rewelacyjnie się ją czyta. A autor posługuje się sporą dawką dystansu i ironii. Co do samej treści – być może tematyka publikacji nie każdemu przypadnie do gustu. Warto jednak spojrzeć na tę książkę jak na przekrój kobiecego świata. To nawet ułatwione, bo Schneider porównuje Pierwsze Damy i zaznacza, że mimo wszystko zawsze trzymały się razem, wykazując się przy tym niezwykłą solidarnością i taktem.
Ale na autora książki czeka też przysłowiowa łyżka dziegciu. Największy zarzut to irytujące przeskoki w czasie i ukazanie bohaterek książki tak naprawdę nie do końca prywatnie, tj. ukazanie ich głównie jako żon swoich mężów. Takie postrzeganie Pierwszych Dam jednak nie dziwi – Robert Schneider przez wiele lat skupiał się właśnie na francuskiej scenie politycznej, a nie na coraz pikantniejszych plotkach z Pałacu Elizejskiego. Mimo wszystko ta książka jako perełka pozostaje perełką.
Ewa Grabowska
(ewa.grabowska@dlalejdis.pl)
Robert Schneider, „Pierwsze damy Francji”, Wydawnictwo MUZA SA, Warszawa 2015
Komentarze