„Pierwszy dżentelmen” – recenzja

Recenzja książki „Pierwszy dżentelmen”.
Źle się dzieje w państwie amerykańskim.

Większość książek, które czytam, przyciąga mnie z jakiegoś powodu. Najczęściej wabi mnie opis, okładka, nazwisko autora, które wielokrotnie obija mi się o uszy i zdaje się mieć rzesze fanów, a ja jakoś do tej pory nie miałam możliwości wyrobić sobie własnej opinii. „Pierwszego dżentelmena” wybrałam trochę na przekór, ale nie żałuję, że to zrobiłam pomimo niechęci do polityki i kojarzenia Billa Clintona jedynie ze skandalu z Monicą Levinsky. Paradoksalnie myślę, że ten wątek mógł pomóc przy tworzeniu fabuły recenzowanej powieści, bo kto lepiej napisze o kulisach wielkiej władzy i aferze stawiającej przywódcę kraju w złym świetle niż ktoś, kto sam to przeżył.

Głównym bohaterem nie jest jednak prezydent Stanów Zjednoczonych, a mąż pani prezydent, czyli tytułowy pierwszy dżentelmen – Cole Wright. Jego żona Maddy skrycie pracuje nad programem kontrowersyjnych reform ubezpieczeń społecznych, a on sam szukając dla siebie roli, zostaje wplątany w historię sprzed lat. Dokładnie 17 lat, kiedy to wciąż studiował i był uwielbianą gwiazdą futbolu, a po godzinach spotykał się z cheerleaderką (zakazany związek odhaczony) Suzanne Bonanno. Dziewczyna zniknęła w niejasnych okolicznościach, a teraz wszystko powraca za sprawą dwójki ciekawskich dziennikarzy: Garreta Wilsona i Brei Cooke.

Clinton i Patterson sprawnie podtrzymują napięcie i tempo wydarzeń dzięki krótkim rozdziałom oraz zmianom lokalizacji i bohaterów, którzy non stop poddawani są próbie. Warto podkreślić, że jedynie rozdziały Brei są pierwszoosobowe. Z jednej strony można to zrozumieć, bo autorzy pewnie chcieli, żeby był ktoś, komu od początku można kibicować. Z drugiej trochę żałuję, że z wyjątkiem opisu koszmaru nie dostajemy bezpośredniego dostępu do przemyśleń Cole’a. Garret to w zasadzie jedynie idealny chłopak, a wejście do głowy Maddy serwuje nam niezamierzenie komiczny cytat „To nasza ostatnia szansa, żeby zrobić z cytryn lemoniadę(…) Jeśli się nie uda, wszyscy będziemy ssać cytryny”. Zwykle najbardziej ciekawi mnie samo śledztwo, ale tym razem przyćmił je proces, który jest przedstawiony jak gotowy scenariusz filmu/serialu i ta część upłynęła aż za szybko.

Tym, co zbiło mnie z tropu, był niejasno zasygnalizowany przeskok czasowy. Początkowo mowa jest o wrześniu, a kolejna część jest zatytułowana „Poprzedni styczeń”. Logiczne wydaje się więc, że akcja dzieje się w ciągu 20 miesięcy, bo, jak uczą nas amerykańskie seriale true crime, od aresztowania do procesu zwykle upływa minimum rok, a bywa, że i znacznie więcej czasu. Tymczasem Brea wspomina o kilku miesiącach, więc najwyraźniej mamy przyjąć, że tym razem prokuratura pozbawiona dokumentów z pierwotnego śledztwa dała radę przygotować sprawę w ekspresowym tempie.

W ostatecznym rozrachunku uważam, że ta książka to przyjemna porcja rozrywki wymagająca lekkiego przymknięcia oka na pewne kwestie. Nie wiem, czy przemawia przeze mnie wspomniana we wstępie awersja do polityki, ale pod koniec doszłam do wniosku, że pasowałby tutaj widowiskowy brak happy endu, w którym wszyscy gracze przegrywają. Czy tak się stało? Musicie jednak przekonać się sami.

Izabela Fidut

Bill Clinton, James Patterson, „Pierwszy dżentelmen”, Wydawnictwo Rebis, Poznań, 2026.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat