„Pieśni łaciatych krów” Łukasza Staniszewskiego perfekcyjnie wpisują się w definicję literatury pięknej. Albo nie – one są esencją literatury pięknej. Stanowią jednocześnie powieść i poemat. To z kolei sprawia, że lektura nie tylko pozwala wyobrażać sobie malownicze obrazy (choć nie zawsze pozytywne, bez wyjątku piękne), ale także umożliwia słyszenie wiatru i stukania w zbiorniku wodnym, odczuwanie gorąca i suchości na skórze, smakowanie kwaśnego piwa zbyt często pitego w Skowyczach.
„Pieśni łaciatych krów” to książka rewelacyjna nie tylko ze względu na malowniczość i plastyczność tekstu. Zachwycają także mieszanka gatunkowa i fabuła. Po pierwsze niby jest to powieść o wsi z przeszłości, ale nie do końca, bo również o duchach, dydukach i nadprzyrodzonych mocach, którymi dysponuje chociażby wiejska Baba. Nie są to zjawiska rodem z legend, zabobonów i wiejskich przesądów – ich realność jest nie mniejsza niż realność drzewa, krowy bądź Bernarda Wittena, głównego bohatera. Po drugie fabuła… ach! Czytelnik podąża za postaciami, głównie za Bernardem, czekając na przemianę bohatera czy cokolwiek znanego z innych książek. I choć sama fabuła się rozwija, Bernard – nie bardzo. Jest stały jak jego gniew, upór, zaprzeczanie zjawiskom ponadnaturalnym. Jest nieporuszony niczym susza, która dręczy mieszkańców Skowycz przez istotną część książki.
W powieści podoba mi się również pewna osobliwa rzecz, mianowicie iż jest niesatysfakcjonująca w satysfakcjonujący sposób. Kiedy śledzę losy bohaterów o złych cechach (jak Bernard), mniej lub bardziej, ale jednak liczę na ich przemianę. Z kolei gdy śledzę losy bohaterów, których polubiłam (jak Kubuś czy Marcin Wydra), mam nadzieję na to, że będzie im lepiej. Niczego z tego jednak nie dają „Pieśni łaciatych krów”. Tutaj ludzie umierają w przydrożnych rowach, tracą kończyny, przedwcześnie żegnają swoje dzieci, są bici i poniewierani przez osoby o wyższym statusie społecznym. I chociaż chciałoby się, aby było inaczej, bo to tylko książka i ukazany w niej świat można naprawić, to jednak jednocześnie czuje się zadowolenie, że nie jest inaczej, tylko jest po prostu po ludzku – jak w rzeczywistości.
To moja pierwsza książka Staniszewskiego. Mam nadzieję, że jeszcze się zetkniemy.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Łukasz Staniszewski, „Pieśni łaciatych krów”, Znak LiteraNova, Kraków, 2025.