W „Płonącym świecie”, czyli drugiej części serii Isaaca Mariona główny bohater boryka się ze stopniowym powrotem do normalnego funkcjonowania zarówno swego bladego ciała, jak i poranionej duszy.
Początki nie należą do najłatwiejszych – „Bycie żywym jest trudne. Bycie żywym jest bolesne. Czy spodziewałem się czegoś innego?”. Mięśnie nie działają jeszcze jak trzeba, mowa wciąż nie jest tak elokwentna, jakby tego chciał mózg, a poczucie własnej wartości dodatkowo podkopują problemy natury seksualnej. Na szczęście ze wsparciem swej dziewczyny R nie daje za wygraną i dzień po dniu walczy z własnymi ograniczeniami, wijąc dla siebie i Julie postapokaliptyczne gniazdko. Chęć odzyskania sprawności fizycznej nie idzie jednak z parze z wolą poznania swej przeszłości. Wszystko, czego R pragnie, to skorzystać z szansy danej od losu; zapomnieć o tym, kim był zanim stał się zombie i przez jakiś czas żywił się dosłownie i w przenośni pamiątkami z życia innych. Czy jednak postawienie grubej kreski między tym, kim się było, a tym, kim się stało dwa żywoty później, jest możliwe? Na domiar złego świat zewnętrzny nie ma zamiaru czekać aż R rozwiąże swoje problemy egzystencjalne i uderza ze zdwojoną siłą. Tym razem to żywi okazują się groźniejsi od umarłych. Tajemnicza organizacja Axiom pod przykrywką zapewnienia bezpieczeństwa rozwija swój szatański plan przywrócenia porządku, niszcząc wszystko i wszystkich, którzy ośmielą się stanąć jej na drodze. Chcąc, nie chcąc, R i Julie muszą opuścić swą mozolnie budowaną spokojną przystań i wyruszyć w podróż po doszczętnie zniszczonej Ameryce przy okazji odkrywając swe skrzętnie skrywane sekrety.
Czytając „Płonący świat” nie mogłam pozbyć się wrażenia, że autor nie był zadowolony ze spłyconej adaptacji swego debiutanckiego dzieła. Świadczy o tym dobitnie absurdalnie sielankowa scena ze snu R. Jest piękny, słoneczny dzień, a nasza para zakochanych biegnie na lotnisko przy wtórze braw oraz wyjętych z bajek Disneya świergoczących ptaków, lecząc zombiaki, wskrzeszając rodziców Julie i całując się. W kontynuacji Isaac Marion zdaje się szyderczo rzucać wyzwanie hollywoodzkim bossom czy znacznie bardziej napakowaną dramatami, wybuchami i pościgami powieść również zdołają przerobić na lukrowy melodramat.
Niestety przyjęta konwencja, praktycznie nieistniejące poczucie humoru, coraz bardziej nużące refleksje (niektóre wręcz zahaczające o twórczość Coelho „Wszystko na ziemi ma dla kogoś jakieś znaczenie i nigdy nie istniał człowiek, którego nikt nie kochał”) i niespójne tempo nie pozwala emocjonalnym momentom odpowiednio wybrzmieć. Z kolei uczucie wszechogarniającego zagrożenia, które powinno dominować podczas ucieczki przed nadciągającym niebezpieczeństwem, jest ledwo zauważalne. Gdy okazało się, że ostatnia strona nie przyniosła żadnego rozwiązania, moja frustracja sięgnęła zenitu. Rozumiem, że celem było poszerzenie perspektywy, wyjście poza utartą w „Ciepłych ciałach” formułę podzielonego miasta i kochanków z dwóch światów, ale w tym przypadku ta dość drastyczna zmiana nie wyszła zarówno bohaterom, jak i mi jako czytelniczce, na dobre.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Isaac Marion, „Płonący świat”, Zakrzewo, Wydawnictwo Replika, 2017 r.
Komentarze