Anglia, ok. 1820 roku. Salony londyńskiej arystokracji po raz kolejny ożywiają się z nadejściem nowego sezonu. Matki pieczołowicie przygotowywały się do tej chwili, gromadząc garderobę dla swoich młodych córek, aby móc w pełnym splendorze wprowadzić je na salony i czym prędzej usidlić dla nich jakąś dobrą partię. Gdzieś w tym ferworze przygotowań przybywa do Anglii prosto z Ameryki uboga kuzynka żony jednego z lordów, Celia St. Clair. Tej młodziutkiej piękności (a jakżeby inaczej) nie w głowie jednak bale i polowanie na męża. Ona przybyła do tego obcego kraju w zupełnie innym celu. Ma zamiar zniszczyć pewnego mężczyznę. Wykonanie planu zemsty okazuje się jednak o wiele trudniejsze, niż się spodziewała. Przebrnięcie przez wszystkie obowiązki młodej damy, konwenanse i nie wzbudzenie podejrzeń kuzynki, zajmuje zdecydowanie za dużo czasu. A do tego jedyną drogą do osiągnięcia wymarzonego celu okazuje się przystojny, arogancki i z obowiązkowo zszarganą reputacją, lord Colter Northington. Czy Celia będzie potrafiła posłużyć się tym niebezpiecznym mężczyzną, czy też może sama wpadnie w jego pułapkę? Jedno jest pewne: warunki na dobrze skonstruowany romans historyczny zostały zagwarantowane.
Rosemary Rogers wybrała bardzo interesujące tło dla swojej historii. Bowiem poza przyjęciami śmietanki londyńskiego towarzystwa, wplotła w „Słodycz zemsty” wyraźny wątek polityczny. Intrygi na szczycie, walki o władzę i konflikty pomiędzy torysami i wigami, dodają książce realizmu i dodatkowo ubarwiają całą opowieść. Choć przyznać trzeba, że i bez tego w książce tej aż tłoczno od nieprzewidzianych zwrotów akcji. Rabunki, porwania (te w szczególności zwracają uwagę), a nawet potencjalne pojedynki sprawiają, że podczas lektury „Słodyczy zemsty” nie ma czasu na nudę. Choć nie można zaprzeczyć, że ostatecznie Rosemary Roges nie wychodzi poza utarte, dobrze znane schematy romansu historycznego. Co nie oznacza, że książki nie czyta się szybko i z przyjemnością.
Autorka „Słodyczy zemsty” zadbała o ukazanie tła obyczajowego socjety dziewiętnastowiecznej Anglii. W książce nie zabraknie więc skandali, przyzwoitek i przestrzegania wszystkich tych (absurdalnych dziś) konwenansów, które niegdyś stanowiły niemal sens życia wielu osób. Niekiedy niuanse decydowały o wykluczeniu kogoś z towarzystwa. „Słodycz zemsty” pokazuje także, jak wielką siłę w tamtych czasach miał tytuł i pieniądz. Posiadających te dwa dobra, bardzo często obowiązywały znacznie łagodniejsze reguły (mężczyzn oczywiście).
Lektura romansów historycznych to, poza walorami wynikającymi z wątków miłosnych, bardzo ciekawa lekcja historii. O tym, co wypadało, a co nie. Entuzjastkom tego gatunku, książkę z pewnością przeczytać wypada.
Agata Podgajska
(agata.podgajska@dlalejdis.pl)
Rosemary Rogers, „Słodycz zemsty”, Mira 2011
Komentarze