Zanim przystąpisz do czytania najbardziej znanej, ostatnio najgłośniejszej powieści Jerzego Pilcha, upij się. Nie chodzi o wypicie kieliszka wina więcej czy jednego ekstra słodkiego drinka. Upij się niemal do nieprzytomności, by kolejnego dnia powtarzać sobie z uporem: „już nigdy nie wypiję kropli alkoholu”. A jeśli już zaczęłaś czytać, to przypomnij sobie, czy kiedykolwiek miałaś takiego kaca, że skłonna byłaś zastosować każde podsunięte rozwiązanie, które ulży twoim cierpieniom. Mając świeżo w pamięci stan, który ci towarzyszył, gdy gwałtownie zmniejszał się poziom alkoholu w twojej krwi, rozpocznij podróż usłaną butelkami gorzkiej żołądkowej w głąb umysłu człowieka, który żyje napędzany wyskokowym paliwem.
Jerzy Pilch nigdy nie ukrywał, że, delikatnie mówiąc, ma problem z alkoholem. Świetny pisarz, wirtuoz słowa, a jednocześnie wielki oszust – czytając jego książki nie wiesz, które słowa zostały przelane na papier z inicjatywy jego talentu, a które były inspirowane przez alkohol szumiący w głowie. „Pod mocnym aniołem” dotyczy właśnie tych stanów – balansowania między trzeźwością a stanem delirium, w którym nie rozróżniasz pijackich wyobrażeń i realnych postaci. To literacki (?) zapis odszukiwania szczątków tego, co jeszcze zostało w nieprzeciętnym umyśle, zaatakowanym przez nikczemnego właściciela.
Z pewnością po części autobiograficzna powieść na poziomie fabularnym przede wszystkim przedstawia historię deliryków – ludzi, których uzależnienie doprowadziło na skraj śmierci. Ci mężczyźni i te kobiety starają się po raz kolejny zerwać z nałogiem, choć każdy z nich doskonale wie, że swoje pierwsze kroki po wyjściu „do cywila” skieruje do najbliższego sklepu monopolowego lub pubu, gdzie napoi drzemiącego we wnętrzu nienasyconego potwora nałogu. Narrator, porte-parole autora, przedstawia historię swojego uzależnienia bez porównywania się do farmaceutki, która zaczęła „od jednego kieliszka likieru miętowego”, czy do mężczyzny, który alkoholem zjednywał sobie „przyjaciół” podczas podróży za wschodnią granicę. Każda historia pijaka dotyczy picia nie „z powodu”, nie „dla powodu”, czy „dla zagłuszenia powodu”. Pije się dla samego picia. I nieważne, że przez tą substancję traci się poczucie rzeczywistości, że znikają najbliżsi, że pory roku następują po sobie w innym niż odwiecznie przyjęty porządku natury. Liczy się picie, walka z piciem i znów picie.
„Pod mocnym aniołem” wpisuje się w nurt spowiedniczo-rozliczeniowej literatury alkoholowej. Wielu autorów przyznaje, że ich prace nie powstały w czasach największej trzeźwości, ale przynajmniej na lekkim rauszu. Co jednak jest charakterystycznego dla powieści Pilcha? Chyba najbardziej rzuca się w oczy totalny charakter nałogu. Raz ironicznie, kiedy indziej z nutką powagi, a jeszcze kilka stron dalej w zupełnie groteskowy sposób autor zmaga się z koniecznością stworzenia spójnych zdań, których recepcja będzie możliwa przez osoby trzeźwe. Nie przeczę, momentami bezcelowe, idiotyczne rozważania są irytujące i mogą budzić gniew, jednak czy nie w taki sposób opowiadają swoje historie ludzie pijani?
Pilchowi w „Pod mocnym aniołem” nie chodzi o usprawiedliwienie kogokolwiek, o znalezienie odpowiedzi na zasadnicze pytanie „dlaczego pijesz?”, o zmuszenie kogokolwiek do współczucia. To po prostu spisana historia wielu nałogowców, którzy stracili kontrolę na słowem „nie”. Mocna, bulwersująca, ale i dająca do myślenia powieść sprawi, że przynajmniej przez jakiś czas będziesz podejrzliwie patrzyła na „tylko jeden kieliszek wina” czy „tylko jedno piwo”...
Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)
Jerzy Pilch, „Pod mocnym aniołem”, Warszawa, Świat Książki, 2014
Komentarze