„Pogoda pod psem” – recenzja

Recenzja książki „Pogoda pod psem”.
„Człowiek to złożony, precyzyjny mechanizm, którego nie można regulować młotkiem”.

„Pogoda pod psem” Katarzyny Ryrych to prawdopodobnie moja ostatnia nowość tego świątecznego sezonu. Książka wyłamuje się minimalnie z tegorocznego trendu, o którym pisałam w poprzednich recenzjach, stawiając w centrum uwagi nie babcię/e, a dziadka*.

Leopold to emerytowany architekt, który kilka lat temu pochował żonę. Ich małżeństwo z rozsądku przypominało jednak bardziej współlokatorstwo ciągnięte z przyzwyczajenia niż przesyconą jakimikolwiek emocjami relację. Dopiero po śmierci małżonki mężczyzna odkrywa dzienniki, z których dowiaduje się, jak naprawdę go postrzegała i jak wiele błędów miał na sumieniu. Wypadająca w Wigilię rocznica śmierci skłania go to wizyty na cmentarzu. Wracając do domu, senior znajduje przy śmietniku pudełko z czterema szczeniakami. To niecodzienne znalezisko uruchamia ciąg wydarzeń łączących losy Leopolda i kilku innych postaci.

Akcja teoretycznie rozpoczyna się w przeddzień Bożego Narodzenia, ale jest tutaj tak wiele przeskoków czasowych w przód i w tył, aby pokazać, jak ściśle zazębiają się wątki, że paradoksalnie można się łatwo pogubić. Dla przykładu: w pewnym momencie spotykają się dwie starsze panie i tekst napisany jest w tak nieskładny sposób, że nie wiemy, która za którą podbiegła i zaproponowała rozmowę na środku ulicy, a za chwilę mijane są przez przechodzącego Leopolda (to anonimowe miasto musi być mikroskopijne). To przenikanie jest nachalne i męczące, historia wydaje się budowana na siłę, a postaci są nie do końca przemyślane i już w połowie tekstu ma się ich dość.

O ile jeszcze starsze pokolenie się jakoś broni, bo mają swój bagaż doświadczeń i chcą lub chociaż uczą się wprowadzać jakieś zmiany, to młodsze jest dziecinne, płytkie, a chwilami wręcz odstręczające. Nie sięgam po literaturę świąteczną, ani w ogóle po jakąkolwiek książkę, aby czytać o erekcji incela, który strzela sobie mentalną piątkę za to, że otwiera okno, aby się nie onanizować na myśl o podglądanej przez okno sąsiadce. Mimo wychwalanej w pierwszym zdaniu powieści „pięknej twarzy, przywodzącej na myśl dzieła wielkich mistrzów” (jak tu się nie utożsamić z takim Adonisem?) chłopak ma prawdziwą obsesję na punkcie swojego niskiego wzrostu, ale własne kompleksy w żaden sposób nie przeszkadzają mu okrutnie krytykować wyglądu innych osób. Na domiar złego ten bohater w ogóle nie dostaje lekcji życia, bo zostaje w ekspresowym tempie sparowany z kobietą, której uroda jest tak oszałamiająca, że pod wrażeniem są wszyscy przebywający w jej otoczeniu. Najwyraźniej każdy (potencjalny) szef chce się do niej dobrać, a według niej rozwiązaniem problemu ma być… ucieczka na wieś, gdzie do wyboru: ludzie są lepiej wychowani, wiedzą, że uroda to nie wszystko albo mają po prostu gorszy wzrok.

Idea walki z samotnością, która po cichu stała się częścią codzienności, nie była zła. Zawiodło przekucie jej w fabularną całość z realnymi, dającymi się lubić postaciami i sytuacjami, które w przeciągu kilku dni nie kończą się maksymalnie przesadzonym, potrójnym happy endem. Święta to czas cudów, ale nie każdy na nie zasługuje, a skoro już o nich mowa, to zabrakło również świątecznego klimatu. Święta służyły w zasadzie jedynie za usprawiedliwienie braków w lodówce Leopolda, które wymusiły na nim wyjście do ludzi.

* biorąc pod uwagę kryterium wieku, nie fakt posiadania wnuków

Izabela Fidut

Katarzyna Ryrych, „Pogoda pod psem”, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa, 2025.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat