„Pogrzeb na zamówienie” – recenzja

Recenzja książki „Pogrzeb na zamówienie”.
Ciekawy pomysł pogrzebany przez narcyzm i męczący styl.

Czy jest coś gorszego niż irytujący główny bohater? Owszem, zawsze może być ich dwóch. Zważywszy na fakt, iż jednego z nich Anthony Horowitz oparł na własnej osobie, nie świadczy to o nim najlepiej, ale wróćmy do początku, bo to pierwsza i zarazem ostatnia zaleta całej historii.

W pewien majowy poranek sześćdziesięcioletnia, dobrze sytuowana, lecz samotna wdowa udaje się  do zakładu pogrzebowego, by ustalić z dokładnością co do sekundy szczegóły swego pochówku. Trumna ma być wiklinowa, hymn ma być trzydziesty czwarty, ale dla równowagi niech zabrzmi też szlagier z repertuaru Beatlesów. Wszystkie formalności zostają dopełnione w przeciągu niespełna godziny, po czym zadowolona kobieta wraca do domu, w którym jeszcze tego samego dnia zostaje uduszona. Morderstwo z premedytacją czy nieszczęśliwy zbieg okoliczności? Kwestia rozwiązania zagadki jej śmierci trafia w ręce odnoszącego sukcesy scenarzysty – pisarza kryminalnego Tony’ego (spec nie wie nawet, ile trwa duszenie człowieka) i gburowatego byłego policjanta Daniela Hawthorne’a. Zgodnie z przyjętą konwencją panowie nie pałają do siebie sympatią, ale w toku śledztwa, „ku zaskoczeniu czytelnika”, ulega to diametralnej zmianie.

Problem w tym, że w moim przypadku nic takiego nie ma miejsca. Pierwszoosobowy, relacjonujący poszukiwania sprawcy narrator Tony od pierwszej do ostatniej strony jest zakochanym w sobie i swej twórczości artystą uwielbiającym brzmienie swego głosu. Autor przelał na karty powieści dużo ciekawostek dotyczących powstawania seriali i filmów, jednak zamiast podnieść walory „Pogrzebu na zamówienie” zabieg ten spowodował, że już w trakcie pierwszych 70 stron zaczęłam ziewać. Kulminacyjnym punktem jest scena z Peterem Jacksonem i Stevenem Spielbergiem. Być może ta rozmowa rzeczywiście się odbyła, ale czy naprawdę jest ona niezbędna w tej opowieści? Autopromocja autopromocją, ale wszystko ma swoje granice.

Nie lepiej jest z jego kompanem. Daniel Hawthorne to, niestety, typ aspołecznego Sherlocka Holmesa. Jego bronią jest sokoli wzrok pozwalający w trakcie podchodzenia do stolika prześwietlić na wylot wydarzenia z ostatnich dni rozmówcy. Najwyraźniej nawet Horowitz uznał, że to już było i musi czymś wyróżnić swą postać na tle rzeszy fikcyjnych funkcjonariuszy. Pech chce, że cechą, na którą skierował swą uwagę, jest… homofobia, a skoro już mamy postać nielubiącą gejów, to musimy namnożyć ich tyle, ile się tylko da, choćby zakrawało to o tragikomedię.

„Pogrzeb na zamówienie” to próba połączenia reportażu z kryminałem, teoretycznej wiedzy z praktyką szukania zabójcy oraz dwóch jakże różnych bohaterów, jednak w moim przypadku na żadnym z tych poziomów powieść nie działa tak, jak powinna. Miks gatunkowy nie sprawia, że intryga przestaje być nużąca, a niesnaski między postaciami potęgują niechęć do każdego z osobna. Przysłowiowym gwoździem do trumny są ciągnące się bez końca monologi zarówno Tony’ego, jak i nad wyraz wylewnych podejrzanych. Zdaniem Horowitza wystarczy bowiem jedno pytanie by obca osoba postanowiła nam streścić całe swoje życie, posłusznie wywlekając na wierzch wszystkie brudy.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

Anthony Horowitz, „Pogrzeb na zamówienie, Poznań, Dom Wydawniczy REBIS, 2018 r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat