Telefon od męża – niby rzecz całkiem zwyczajna, jednak dla Marceliny okazał się momentem zwrotnym w jej życiu. Połączenie zostało bowiem wykonane nieświadomie przez małżonka, który tym samym zostaje przyłapany na zdradzie. Jakby tego było mało, chwilę później Marcelina słyszy, jak mąż ulega wypadkowi. Od tego momentu w jej życiu wszystko się zmienia. Zraniona kobieta musi na nowo ułożyć sobie życie, zmienić mieszkanie, znaleźć pracę. I jakby mało jej było przykrych doświadczeń, cały czas kręci się koło niej kochanka męża, z którą z czasem, o dziwo, się zaprzyjaźnia. To tyle, jeśli chodzi o tę w miarę realistyczną część książki, bo reszta jest już mniej lub bardziej bajkowa. Tak więc mamy tu legendę zaginionego pierścienia, duchy, tajemne moce. Są też, rzecz jasna, czarne charaktery i „dobre wróżki”.
„Studnia bez dnia” to książka, która budziła we mnie dość skrajne uczucia – z jednej strony irytację, z drugiej – ciepłą życzliwość. Ponieważ o tych przyjemnych odczuciach pisze się znacznie łatwiej, od nich zacznę. Na korzyść książki Katarzyny Enerlich przemawia miejsce, w którym została osadzona akcja książki. Rzecz dzieje się w Toruniu, a autorka w bardzo przystępny sposób wprowadza czytelnika do miasta, odmalowując przed nim jego architekturę i urok. Sam wybór miejsca – prawdziwego, tętniącego życiem, o bogatej historii, jest jednym z największych atutów książki. Dodatkowej wiarygodności opisom Torunia towarzyszą zdjęcia autorstwa samej Katarzyny Enerlich, ilustrujące pracownię, do której trafia Marcelina, ulice, a nawet przedmioty, które mają znaczenie w fabule książki.
Niestety, nie wszystko w „Studni bez dnia” było takie urocze. Pozostając przy samym tytule – w książce Katarzyny Enerlich pojawiło się coś, co mnie osobiście bardzo w książkach razi – tłumaczenie tytułu na siłę. Odnosiłam wrażenie, że autorka wpychała co jakiś czas w fabułę i dialogi sformułowanie „studnia bez dnia”. Co więcej, bardzo grubymi nićmi szyte były te odwołania do studni. Poza tym niefortunnym wykorzystywaniem tytułu podczas lektury książki nie opuszczało mnie uczucie, że Katarzyna Enerlich postawiła na prawdziwy minimalizm emocjonalny. Pomimo dość dramatycznej historii na początku książki, emocji (zarówno tych bohaterki, jak i tych, które powinny pojawić się u czytelnika) było jak na lekarstwo, żeby nie powiedzieć wcale. Podobnie rzecz się ma z fabułą książki. Trochę się po niej „ślizgałam”, nie za bardzo rozumiejąc co tak naprawdę autorka ma na myśli i czemu służą poszczególne wątki. „Studnia bez dnia” bliższa jest opowiastce z nutką baśniowości niż klasycznej opowieści.
Nie jest to książka, którą koniecznie trzeba przeczytać. Z pewnością będzie jednak miłą niespodzianką dla mieszkańców i miłośników Torunia.
Agata Podgajska
(agata.podgajska@dlalejdis.pl)
Katarzyna Enerlich, „Studnia bez dnia”, Wydawnictwo MG 2012
Komentarze