„Pola księżycowe” – recenzja

Recenzja książki „Pola księżycowe”.
Człowiek lubi odkrywać, to co jest jeszcze niezbadane. Tak to już jest, że ciągnie nas do nieodkrytego, a zakazane rejony kuszą najmocniej. Tylko czy na pewno jest to dobra droga?

Fabuła
Rafael właśnie kończy szkołę. Kuszą go wakacyjne przygody, a schyłek czerwca jawi się jako oznaka wielkiego odpoczynku. Jednak jego plany muszą ulec zmianie. Dzięki pięknej Kersten, główny bohater, wejdzie do świata przygód, ale nie takich jakie zaplanował. Wezwany zostaje do wstąpienia w szeregi tajemniczego bractwa, które zwie się „Bractwem Sprawiedliwych”. Organizacja umiejscowiona jest na w Uniwersytecie, z którego Rafael chce się wydostać. Nie chce brać udziału w przedsięwzięciu, dopóki nie dowiaduje się, że może odkryć tajemnicę śmierci brata. Ma cztery miesiące, aby zyskać to, czego pragnie. Nowe reguły, inne priorytety i to samo bractwo. Czy Rafael dowie się wszystkiego o swojej rodzinie? Jak odnajdzie się wśród „sprawiedliwych”?

Moim zdaniem
Oj, ciężko, ciężko i to bardzo. Podczas czytania, zawsze szukam wad książki. Naprawdę! Tutaj nie musiałam się zbytnio wysilać, ponieważ ona aż nimi ocieka. Trafiłam na powieść, w której szukanie zalet jest wielkim wyzwaniem.

Nie wiem co się stało. Moje kochane fantasy zostało skalane w taki sposób, że nie da się o tym zapomnieć. I nie chodzi mi tutaj o zawiłe zwroty, czy szybko zmieniającą się akcję. Ja nie wiem o co, tak naprawdę autorowi chodzi w książce. Po prostu nie widzę jakiejś głębi albo zamysłu fabularnego. Kiedy znalazłam fragmenty, gdzie zaczyna być coś jasne, za chwilę było to przykryte bezsensownym dywagacjami. Nie mogę powiedzieć dobrego słowa o książce, która nie ma zarysu historycznego! Nawet najprostsze definicje czy zagadnienia, są przedstawione bardzo skomplikowanie. Im dalej w las, tym gorzej. Nie rozumiejąc początku nie ma co próbować zrozumieć resztę. Po prostu się nie da. Miało być fajnie i miło, a wyszła wielka kupka zgryzoty, okraszona pięknymi zwrotami oraz potocznym językiem. Tych nie brakuje w książce. Tylko co z tego? Po co mi ładne wypełniacze, skoro nie wiem o czym jest powieść? Jakie przesłanie ze sobą niesie? Podczas czytania czułam się jakby autor nie wiedział jak pokierować dalej książką. Pisać młodzieżowym językiem pełnym chamstwa, wulgaryzmów, czy może rzucać cudowne frazesy? Połączenie tych dwóch stylów sprawiło, że książka jest toporna w odbiorze.

Problemy wymienione we wcześniejszym akapicie, mogą wynikać z prostego problemu – zdań wielokrotnie złożonych. Ok, każdemu się zdarza, ale nie przez całe dzieło. W połowie myśli, już nie wiadomo co było na początku. Miałam wrażenie, jakby autor, podczas pisania przypomniał sobie o czymś i musiał to koniecznie w tym miejscu dodać. Serio! Niektóre zdania zajmują 3/4 strony.

Może bohaterowie uratują sytuację? Niestety nie... Rafael nie przejawia cech głównego bohatera. Nie można odkryć co tak naprawdę czuje czy czym się kieruje podczas obierania danej ścieżki. Z innymi nie jest lepiej. Postacie odróżniają się od siebie paroma cechami, ale wszyscy są stworzeni płytko i bezbarwnie. Brakowało mi prawdziwego życia bohaterów.

Jest mi bardzo przykro, ponieważ liczyłam na wiele, a wyszło dość słabo. Odnoszę wrażenie, że zbyt wielkie starania zabiły ciekawy temat, który po prostu zniknął. Nie mam nic dobrego do powiedzenia o „Polach księżycowych”. Wielka szkoda, że 500 stron książki nie zaowocowało w pozytywny odbiór.

Katarzyna Gnacikowska
(katarzyna.gnacikowska@dlalejdis.pl)

Jan Drożdź, „Pola księżycowe”, Gdynia, Novae Res, 2017



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat