Ostatnią z sześciu przeczytanych w tym sezonie nowości świątecznych jest „Portret mordercy. Świąteczna opowieść kryminalna” Anne Meredith. Podobnie, jak i drugi recenzowany kryminał bożonarodzeniowy od wydawnictwa Zysk i S-ka, ta książka również została wydana w latach trzydziestych. „Portrait of a Murderer: A Christmas Crime Story” zagościł na półkach londyńskich księgarni w 1933 i jak można przeczytać na okładce „od razu zyskał uznanie”. Czy tak również było w moim przypadku?
Na pierwszy rzut oka dużo jest tutaj podobieństw do „Zabójczego Świętego Mikołaja” Mavis Doriel Hay. Ponownie mamy do czynienia z niespecjalnie za sobą przepadającą familią, która spotyka się w rodzinnej rezydencji, aby wspólnie spędzić Boże Narodzenie. Również tym razem osobą, dla której są to ostatnie święta, jest niespecjalnie wzbudzający sympatię nestor rodu. Na miejscu zbrodni w obu przypadkach jest otwarte okno, ale przynajmniej narzędzia użyte do jej dokonania są różne.
Anne Meredith postanowiła również przenieść punkt ciężkości całej historii. Pierwszy rozdział to długa i nużąca ekspozycja (naprawdę zaczynałam przysypiać pomimo wczesnej pory) i z tym mamy do czynienia dość często, szczególnie w opowieściach z wąskim kręgiem podejrzanych. Zwrot następuje w okolicy pięćdziesiątej strony, gdy nagle i bezceremonialnie otrzymujemy odpowiedź na pytanie o tożsamość mordercy. Tak, „Portret mordercy. Świąteczna opowieść kryminalna” w ogóle nie bawi się w zabawę z myleniem tropów i wodzeniem czytelnika za nos. Zamiast „kto to zrobił” mamy do czynienia z „dlaczego i co wydarzyło się później”. Po co jednak bawić się w tak szczegółowe rozrysowywanie przeszłości bohaterów, którzy i tak będą robić wyłącznie za tło?
Taki zabieg pociąga ze sobą również spore ryzyko. Z jednej strony tłumi ładunek emocjonalny, odbierając typową porcję rozrywki ze składania elementów układanki w całość. Jak by nie patrzeć, możliwość zabawy w detektywa w przytulnym zaciszu domu jest jednym z, o ile nie głównym wabikiem całego gatunku. Z drugiej, niejako zmusza nas do dogłębnego poznania odczuć kogoś zdolnego do popełnienia morderstwa na może i niekochającym, ale wciąż własnym ojcu. Śledzenie jego poczynań nie jest niczym odkrywczym. Psychologia postaci przypomina potok, czy raczej bełkot myśli, a to, że tak długo sprawcy udaje się wywinąć sprawiedliwości, rodzi jedynie uczucie frustracji.
Odstręczający główny bohater to nie wszystko. Poza pierzyną otulającego ziemię śniegu i faktem, iż rzecz dzieje się w Wigilię, „Portret mordercy…” w zasadzie nie posiada bożonarodzeniowego klimatu. Opisy przytłaczającej biedy i patologicznych zachowań zdecydowanie nie nastroją nikogo świątecznie. Można wręcz odnieść wrażenie, że ta historia chyba byłaby bardziej strawna, gdyby w ogóle nie mieszać do niej świąt i poprzestać na wietrznej, jesiennej słocie.
Sezon kończę więc wnioskiem, że wbrew pozorom gatunek kryminału świątecznego nie jest łatwy. Opiera się na zasadzie kontrastów, ma jednocześnie kreować przyjemnie znajomą aurę i wywoływać ciarki tym, co nieznane. W tym przypadku obie składowe nie działały tak, jak powinny.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Anne Meredith, „Portret mordercy. Świąteczna opowieść kryminalna”, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań, 2024.
Komentarze