„Portret wisielca”– recenzja

Recenzja książki „Portret wisielca”.
Ósma książka o przygodach komisarza Maciejewskiego.

Nie da się ukryć, że moda na kryminały retro zagościła w polskiej literaturze już na dobre, a coraz więcej miast dorobiło się w ostatnim czasie powieści kryminalnej na swój temat. Niewątpliwie jednak jednym z tych, które mogą się w tej dziedzinie szczególnie pochwalić, jest Lublin – a to za sprawą Marcina Wrońskiego i jego cyklu książek o komisarzu Zygmuncie Maciejewskim. Nakładem wydawnictwa WAB właśnie wydana została kolejna, „Portret wisielca”.

Fabuła książki jest dość nietypowa – nie jest bowiem skonstruowana, przynajmniej pozornie, wokół zabójstwa. Znany już czytelnikom komisarz próbuje natomiast rozwiązać sprawę zagadkowych samobójstw, popełnionych przez dwóch studentów lubelskich uczelni – Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i żydowskiej Jesziwy, czyli Wyższej Uczelni Rabinackiej w Lublinie. Choć pozornie nic nie wskazuje na udział osób trzecich w którejkolwiek ze śmierci, Maciejewski nie do końca wierzy w wersję o targnięciu się młodych mężczyzn na swoje życie, a prowadzone przez niego śledztwo ujawnia kolejne wątki, które potwierdzają związek między zmarłymi studentami i pozwalają podważyć pierwsze, oczywiste rozwiązanie. Na drodze do rozwiązania sprawy staje jednak wiele przeciwności, świadkowie uparcie milczą, a władze obu uczelni nie wydają się być zainteresowane rozwikłaniem zagadki.

Kryminały retro przyzwyczaiły nas już do tego, że wątek kryminalny ukazywany jest z nich na tle (najczęściej) międzywojennej Polski i panujących w niej obyczajów i nastrojów społecznych. W „Portrecie wisielca” to właśnie warstwa społeczna wydaje się być znacznie ważniejsza – a także, szczerze mówiąc, ciekawsza i lepiej dopracowana. Wroński bardzo szczegółowo i plastycznie opisuje międzywojenny Lublin – mieszkańcy tego miasta (a sama z Lublina pochodząc, wiem, o czym mówię) mogą nawet dzisiaj odtworzyć trasy, którymi poruszają się bohaterowie i miejsca, w których bywają. Ogromną wartością książki jest namalowanie w niej nieistniejącego już dzisiaj „żydowskiego Lublina”, zniszczonego niemal całkowicie krótko po opisywanych przez Wrońskiego wydarzeniach, w czasach II Wojny Światowej. Poza tym bardzo realistycznie ukazany jest w książce wątek konfliktu narodowościowego i religijnego między społecznością polską i żydowską, która w okresie międzywojennym stanowiła znaczny odsetek mieszkańców miasta. Nie zmienia to jednak faktu, że – ujmując rzecz krótko, aby nie zdradzić szczegółów fabuły – warstwa kryminalna w „Portrecie wisielca” nieco rozczarowuje.

Ostateczny efekt trudno jednoznacznie ocenić. Nie da się ukryć, że miłośnicy gatunku mogą być nieco zawiedzeni. Natomiast czytelnik, który podejdzie do lektury bez żadnych wstępnych założeń i potraktuje „Portret wisielca” raczej jako powieść społeczno-obyczajową z wątkiem kryminalnym, z dużym prawdopodobieństwem będzie usatysfakcjonowany. Mimo wszystko warto więc po książkę sięgnąć – choćby po to, aby móc wyrobić sobie na jej temat własne zdanie.

Katarzyna Czupajło
(katarzyna.czupajlo@dlalejdis.pl)

Marcin Wroński, „Portret wisielca”, Warszawa, wydawnictwo WAB, 2016.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat