Nie da się ukryć, że moda na kryminały retro zagościła w polskiej literaturze już na dobre, a coraz więcej miast dorobiło się w ostatnim czasie powieści kryminalnej na swój temat. Niewątpliwie jednak jednym z tych, które mogą się w tej dziedzinie szczególnie pochwalić, jest Lublin – a to za sprawą Marcina Wrońskiego i jego cyklu książek o komisarzu Zygmuncie Maciejewskim. Nakładem wydawnictwa WAB właśnie wydana została kolejna, „Portret wisielca”.
Fabuła książki jest dość nietypowa – nie jest bowiem skonstruowana, przynajmniej pozornie, wokół zabójstwa. Znany już czytelnikom komisarz próbuje natomiast rozwiązać sprawę zagadkowych samobójstw, popełnionych przez dwóch studentów lubelskich uczelni – Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i żydowskiej Jesziwy, czyli Wyższej Uczelni Rabinackiej w Lublinie. Choć pozornie nic nie wskazuje na udział osób trzecich w którejkolwiek ze śmierci, Maciejewski nie do końca wierzy w wersję o targnięciu się młodych mężczyzn na swoje życie, a prowadzone przez niego śledztwo ujawnia kolejne wątki, które potwierdzają związek między zmarłymi studentami i pozwalają podważyć pierwsze, oczywiste rozwiązanie. Na drodze do rozwiązania sprawy staje jednak wiele przeciwności, świadkowie uparcie milczą, a władze obu uczelni nie wydają się być zainteresowane rozwikłaniem zagadki.
Kryminały retro przyzwyczaiły nas już do tego, że wątek kryminalny ukazywany jest z nich na tle (najczęściej) międzywojennej Polski i panujących w niej obyczajów i nastrojów społecznych. W „Portrecie wisielca” to właśnie warstwa społeczna wydaje się być znacznie ważniejsza – a także, szczerze mówiąc, ciekawsza i lepiej dopracowana. Wroński bardzo szczegółowo i plastycznie opisuje międzywojenny Lublin – mieszkańcy tego miasta (a sama z Lublina pochodząc, wiem, o czym mówię) mogą nawet dzisiaj odtworzyć trasy, którymi poruszają się bohaterowie i miejsca, w których bywają. Ogromną wartością książki jest namalowanie w niej nieistniejącego już dzisiaj „żydowskiego Lublina”, zniszczonego niemal całkowicie krótko po opisywanych przez Wrońskiego wydarzeniach, w czasach II Wojny Światowej. Poza tym bardzo realistycznie ukazany jest w książce wątek konfliktu narodowościowego i religijnego między społecznością polską i żydowską, która w okresie międzywojennym stanowiła znaczny odsetek mieszkańców miasta. Nie zmienia to jednak faktu, że – ujmując rzecz krótko, aby nie zdradzić szczegółów fabuły – warstwa kryminalna w „Portrecie wisielca” nieco rozczarowuje.
Ostateczny efekt trudno jednoznacznie ocenić. Nie da się ukryć, że miłośnicy gatunku mogą być nieco zawiedzeni. Natomiast czytelnik, który podejdzie do lektury bez żadnych wstępnych założeń i potraktuje „Portret wisielca” raczej jako powieść społeczno-obyczajową z wątkiem kryminalnym, z dużym prawdopodobieństwem będzie usatysfakcjonowany. Mimo wszystko warto więc po książkę sięgnąć – choćby po to, aby móc wyrobić sobie na jej temat własne zdanie.
Katarzyna Czupajło
(katarzyna.czupajlo@dlalejdis.pl)
Marcin Wroński, „Portret wisielca”, Warszawa, wydawnictwo WAB, 2016.
Komentarze