Powieść Yanes’a przywodzi na myśl zwykłą przygodówkę z banalnym motywem przewodnim, jakim są poszukiwania zaginionego dziadka. Poza tym odstrasza rozmiarem i kiepskim wabikiem, jaki uzyskała od wydawnictwa („fascynująca afrykańska love story”?). Wszystkie te negatywy jednak giną w kolorowej otchłani języka, jaką roztacza przed nami Yanes. Jego mistrzowska żonglerka językowa, zabawa słowami, metaforyka i pisarski kunszt nie opuszczają ani jednej strony. Towarzyszą nam od najmłodszych wspomnień głównego bohatera, Curro, który przepędził swe dziecięce lata w Lux Domini- starej willi dziadków, poprzez życie studenckie, kiedy poznaje Monicę- niesubordynowaną kobietę marzeń, aż po podróż do Afryki, mającą pomóc mu odzyskać własne dzieciństwo, a przy tym siebie i własne pochodzenie. Korzystając z rodzinnych zapisków, opowiadań przekazywanych z ust do ust, Curro postanawia ruszyć w ślad za dziadkiem- Hamishem, o którym poza kilkoma nieistotnymi faktami, nie wie prawie nic. Podróż ta jest o tyle dziwna, o ile zapiski niepewne, opowiadania nierzetelne, a sama wizja dziadka- imponującej i intrygującej postaci- mętna i niejasna. Powieść Yanesa to nie wąska dróżka upstrzona wskazówkami, którą Curro przeskakuje siedmiomilowym skokiem bohatera rodziny. To droga ciężka, kamienista, z meandrami niepowodzeń, o której wiadomo tylko tyle, że nie wiadomo nic.
Ciężko wymienić wszystkie zalety książki, tego, jak autor przedstawia nam Afrykę. Przysuwa Kenię, tak, że prawie dotykamy Nairobi, jej sprzecznych warstw, biednych ludzi i szalonych bogaczy, którzy przemykają przez miasto. Ciężko opisać, jak Yanes, kreuje wizję krajobrazu, jak opisuje seks, ale łatwo powiedzieć, że czuje się go na skórze, wdycha nozdrzami przez następne ziarna czasu. Ciężko przekazać, ile istotnych rzeczy z historii, polityki rozjaśnia umysł, ile nowych faktów i wydarzeń przemyka po stronicach czarnego tuszu. Wszystko to jest skarbnicą wiedzy, językowym sezamem, który po otwarciu książki rozkłada się przed nami z tą małą różnicą, że nie wymaga magicznego „abrakadabra”, lecz dobrej woli i chęci. Nie odnajduję adekwatnych słów, które pomogłyby mi polecić książkę w godziwy sposób, tak, żeby odzwierciedlić, wszystko, co pokazała, nie wspominając o strumieniu przyjemności, jaki czerpałam podczas jej czytania. Yanes to prawdziwy master języka, a jego książka- debiut, stała się na to świetnym przykładem, którego zrozumienie umożliwia jedynie bezpośredni kontakt z nią.
Natalia Kędziak
(natalia.kedziak@dlalejdis.pl)
Javier Yanes, “Władca równin”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2010
Komentarze