Pięknie wydana, z okładką ilustrowaną przez samego autora, na papierze o grubszej fakturze, zawiera ponad sto pięćdziesiąt wierszy. Wybrane utwory pochodzą w sumie z pięciu tomików, które wydawane były kolejno w 1970 („Moje”), 1983 („Jak”), 2011 („Ja”), 2016 („Sto”) i 2019 („69”) roku. Trzeba tutaj nadmienić dla ciekawych, że autor urodził się w 1927 roku, a zatem czytelnicy dostają możliwość zapoznania się z jego dziełami, praktycznie z prawie całego dorosłego i dojrzałego życia. Ze względu na bardzo różnorodną i zróżncowaną karierę zawodową Andrzeja Strumiłły, spora część z wybranych wierszy, szczególnie z lat 70. i 80. związana jest z licznymi wyjazdami zagranicznymi. Bez względu jednak na to czy refleksje owe dotyczą pobytu w Katmandu, czy w Pekinie, autor zawsze potrafi zapisać w wierszu ulotne myśli i wrażenia. Nawet jeśli robi to leżąc na szpitalnym łóżku.
Jak możemy się dowiedzieć z posłowia, ale także i oczywiście z internetu, Strumiłło zawodowo zajmował się m.in. fotografią, grafiką i twórczością plastyczną. Moim zdaniem tym, co szczególne dla tego typu poezji, jest rzadka umiejętność zamknięcia obrazu chwili, a nawet ulotnej myśli, w kilku nieraz słowach. Nie jest to twórczość barokowa, obfitująca w liczne wielozgłoskowce, liczne przymiotnikowe opisy i długaśne twórcze zawijasy. Niektóre wiersze są bardzo krótkie, inne odrobinę dłuższe. Chyba tylko o kilku lub kilkunastu można by powiedzieć, że są naprawdę długie. Dlatego też dla mnie te wiersze są konkretne, pozbawione zbędnych słów. Każdy zawiera ich tyle ile musi i jednocześnie to minimum oddaje bardzo wiele. Osobiście bardzo lubię i cenię taki właśnie rodzaj poezji. W każdym utworze, który złożony jest przecież tylko ze słów, można odnaleźć konkretne obrazy różnych sytuacji, odczuć rdzeń jakichś wydarzeń albo po prostu sięgnąć do głębi pamięci czy emocji autora. Wiersze opowiadają o bardzo różnej tematyce. O miłości, śmierci, dojrzewaniu ale także o codziennych sytuacjach, o dzikich stepach, górach czy zwykły parkowym spacerze.
Trudno o poezji mówić prozą więc… zachęcam was do sięgnięcia po te wiersze. Każdego dnia można sobie przeczytać jeden i dać się na chwilę ponieść czemuś wyższemu. Sztuce, która choć często opisuje czy sięga po codzienność, jednak dzięki talentowi autora, zamienia się w małe chwile prawdziwego artyzmu. To zresztą jest właśnie dla mnie również sztuką sąmą w sobie: odnależć w każdym momencie coś niezwykłego, złapać to ulotne, które zresztą już właśnie minęło. Jeśli lubicie zatem wiersze z charakterem, proste ale oddające głębię czy to widniejących na horyzoncie gór czy też przywołujące gorące popołudnie z Sycylii albo i chociażby z Podlasia, zachęcam do przeczytania „Powidoków”.
Agnieszka Pater
(agnieszka.pater@dlalejdis.pl)
Andrzej Strumiłło, „Powidoki”, wydawnictwo Znak, Kraków, 2020
Komentarze