Powieść pachnąca piwoniami i sękaczem

Recenzja książki „Bluszcz prowincjonalny”.
Jak wrócić do przeszłości, gdy teraźniejszość już zdążyła odcisnąć na nas swe piętno? Jak odnaleźć radość życia, gdy życie postanowiło nas tej radości pozbawić?

Annę, bohaterkę „Bluszczu prowincjonalnego” poznajemy w jednym z jej najgorszych momentów. To słaba kobietka, nie potrafiąca się podnieść po odejściu męża, nie radząca sobie z kolejnymi dniami bez pomocy antydepresantów, skupiona na sobie i swoim cierpieniu. Aby jakoś dojść do siebie, postanawia, wraz z dziećmi, opuścić mieszkanie w Warszawie i wrócić tam, gdzie przeżyła najpiękniejsze chwile swojego dzieciństwa i młodości - do Bujan, do domu jej rodziców. Wrócić, a być może nawet zostać tam na zawsze?

Po przyjeździe, Bujany okazują się miejscem, w którym czas stanął. Dom nadal wygląda dokładnie tak, jak kilkanaście lat temu. Ludzie nadal są dla siebie życzliwi. I, jak się okazuje, nawet najbliżsi przyjaciele Anny, wciąż są na miejscu. Gotowi pomóc w każdej sytuacji, ale także nie oszczędzani przez okrutny los.

Zderzenie problemów Anny ze sprawami, które dręczą jej bliskich, pozwala jej na świeże spojrzenie na własne życie, na przyglądnięcie się sobie z innej perspektywy. A analogie pojawiające się pomiędzy nią, a innymi mieszkańcami Bujan, pomagają zrozumieć, że nie tylko ona cierpi. Że utrata Piotra, nie jest tylko stratą męża, ale też ojca dla jej dzieci.

Biorąc pod uwagę wszystkich mieszkańców miasteczka, mnie wyjątkowo wzruszył wątek małego Arturka, którego rodzice pojechali za granice zarobić, zostawiając go pod opieką dziadków, którzy, co tu dużo mówić, ledwo dawali sobie z nim radę. Nie da się ukryć, że to właśnie jego historia wycisnęła ze mnie podczas czytania najwięcej łez.

Widać w „Bluszczu prowincjonalnym” ogromną miłość autorki do stron, z których pochodzi. Kosin, jak tylko może, chwali podlaską gościnność i, gdzie tylko może, stara się przemycać opisy tamtejszych zwyczajów i miejsc, aż ociekających trudną do uchwycenia magią. Na jarmark w Kiermusach od razu chciałabym się udać, mrówkowca zjadłabym chętnie jeszcze ciepłego, a i nawet jajek nakupowałabym parami. Także jej bohaterowie nabierają charakterystycznych rysów dzięki nacechowaniu ich mowy podlaskimi naleciałościami.

Dobrze, że autorka nie poszła utartym schematem. Że prawie pominęła wątek romansowy. Że zamiast relacji kobieta-mężczyzna, postawiła na miłość pomiędzy rodzicem i dzieckiem i, przede wszystkim, przyjaźń. Taką, co to może przenosić góry i trwa, mimo upływu lat i problemów, które los kładzie na drodze każdego z nas. Cieszę się też ogromnie, że udało się jej mnie zaskoczyć. Tak zwyczajnie, mimowolnie i od niechcenia, wywrócić wszystko, co sobie w głowie ułożyłam do góry nogami. Brawo, nie każdemu się to udaje.

Mimo wszystkich plusów, musiałam jednak w pewnym momencie zrobić sobie dłuższą przerwę od „Bluszczu prowincjonalnego”, bo zaczęłam odczuwać dziwne zmęczenie. Niby wszystko było dopracowane, niby wszystkie wątki miały gdzieś tam punkty styczne, ale była taka chwila, kiedy miałam wrażenie, że jest ich zbyt wiele. Że autorka zaczęła swoją powieść traktować jak taki wielki wór, do którego można wrzucić wszystko i jako czytelnik zaczęłam się zastanawiać czy to wszystko się w końcu z tego wora nie wysypie.

Nie wysypało się. Autorka poprowadziła wszystkie wątki sprawnie aż do samego końca, zamykając wszystko to, co pootwierała, a ja, po tej dłuższej przerwie, resztę powieści dosłownie pochłonęłam.

Całość więc polecam. Na zimowe ponure popołudnia, a może i na letnie wieczory.

Izabela Raducka
(izabela.raducka@kobieta20.pl)

Renata Kosin, „Bluszcz prowincjonalny”, Replika 2012



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat