„Prawda i kłamstwa” – recenzja

Recenzja książki „Prawda i kłamstwa”.
Czasem prawda nie wyzwala.

Amy Winter prowadzi poukładane życie, kontynuując rodzinną tradycję pracy w policji. Wszystko zmienia się, kiedy krótko po śmierci ojca otrzymuje list z więzienia. Nadawcą jest Lilian Grimes, która wraz z mężem zabijała w latach 80. młode kobiety, a teraz postanowiła ujawnić miejsce pochówku trzech nieodnalezionych ofiar. Dlaczego padło na komisarz Winter? Dlatego, że trzydzieści lat wcześniej nazywała się Poppy Grimes i była najmłodszym dzieckiem psychopatów.

Książka Caroline Mitchell miała ogromny potencjał z kilku powodów. Pierwszym z nich jest wyraźna inspiracja prawdziwą historią Freda i Rose West, małżeństwa seryjnych morderców wabiących dziewczęta ofertą zatrudnienia w charakterze niani. Ofiary były następnie gwałcone i zabijane, a ich ciała zakopywane w piwnicy i przydomowym ogródku. Jedną z nich była ich własna córka Heather. W „Prawdzie i kłamstwach” zniknięcie jej fikcyjnego odpowiednika, czyli nastoletniej Sally – Ann uruchamia ciąg wydarzeń skutkujących ujawnieniem chorych skłonności Grimesów i uwolnieniem spod ich kurateli trojga ocalałych latorośli.

Kwestia potomstwa ludzi zdolnych do najgorszych zbrodni stawia z kolei pytania o możliwość powielenia przekazanych we wczesnych latach wzorców. W odróżnieniu od rodzeństwa uznanego za „zdeprawowane” Poppy Grimes miała zaledwie cztery lata, kiedy została uratowana przez opiekę społeczną, a następnie adoptowana. Teraz, po dekadach życia w bezpiecznym i normalnym środowisku, Amy Winter zaczyna poddawać w wątpliwość swoją tożsamość i być może trwale zakorzenioną skłonność do czynienia zła. Odwieczny dylemat „natura czy wychowanie” nabiera w tym przypadku wyjątkowo głębokiego dna.

Mamy wreszcie element psychologicznej rozgrywki pomiędzy skazaną na dożywocie manipulantką i zmuszoną do współpracy z nią Amy, która postanawia ukryć swe pochodzenie przed przełożonymi. Każda pomyłka i nadszarpnięcie podszytej cynizmem cierpliwości osadzonej niesie więc z sobą ryzyko nie tylko utraty szansy na odnalezienia szczątków, ale również ostatecznego pogrzebania reputacji i kariery.

Te trzy elementy byłyby w moim odczuciu wystarczające do stworzenia porządnego thrillera, jednak autorka uznała, że dorzuci do tego jeszcze sprawę porwania, internetowego hejtu, fobii, molestowania seksualnego, teorii spiskowych, równouprawnienia, przemocy domowej, romansów, policyjnej uczciwości i… miłości do zwierząt. To przeładowanie nie pozostało bez wpływu na tempo wydarzeń, przytłaczając i usypiając czytelnika, a przecież nie tego oczekujemy od powieści z dreszczykiem. Odczuwam również duży rozdźwięk między próbą stworzenia czegoś do pewnego stopnia opartego na faktach, a więc starającego się odwzorować rzeczywistość i tym, na co w końcówce postawiła Caroline Mitchell, a czego nie można określić delikatniej niż niedorzeczne i naciągane.

W ostatecznym rozrachunku „Prawda i kłamstwa” to pozycja widowiskowo zmarnowanych szans. Szkoda, bo wystarczyłoby odchudzić książkę o kilka nic niewnoszących wątków, pozostałe potraktować z mniejszą łopatologią i nadać Amy barwniejszy, może trochę sympatyczniejszy rys, a byłoby już co najmniej dobrze.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

Caroline Mitchell, „Prawda i kłamstwa”, Poznań, Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2020 r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat