Historia Williama Crimswortha jest z pozoru prosta: młody mężczyzna, pozbawiony wsparcia rodziny, próbuje odnaleźć swoje miejsce w świecie. Najpierw doświadcza upokorzeń, szukając pomocy u despotycznego brata, potem wyjeżdża za granicę, gdzie jako nauczyciel w męskiej szkole stopniowo buduje swoją niezależność. Wątek romansowy z Frances Henri pojawia się dość późno i rozwija się bez gwałtownych uniesień – raczej w ciszy, obserwacji i powściągliwych gestach. To uczucie dojrzewające powoli, osadzone bardziej w partnerstwie i szacunku. Nie ma tu miejsca na górnolotne, miłosne uniesienia, co zresztą nie dziwi w epoce wiktoriańskiej.
William nie jest bohaterem łatwym do polubienia – bywa chłodny, surowy w ocenach, momentami wręcz nieprzyjemny. Ale właśnie jego wady sprawiają, że jest autentyczny. Nie sposób pominąć cechy charakterystycznej powieści, czyli długich, kwiecistych opisów i rozbudowanych introspekcji. Brontë potrafi przez kilka stron analizować jeden stan emocjonalny albo relację między bohaterami. Fragmenty dotyczące codziennej pracy w szkole czy rozważań moralnych Williama bywają nużące, zwłaszcza dla współczesnego czytelnika przyzwyczajonego do szybszego tempa narracji. Momentami ma się wrażenie, że fabuła stoi w miejscu, ustępując pola rozważaniom naszego bohatera. Dla jednych może być to wada, inni uznają to za zaletę. Sama jestem w rozterce, bo opisy, choć piękne, po pewnym czasie zaczęły mnie nużyć i męczyć.
„Profesor” jest powieścią o samostanowieniu, o budowaniu własnej wartości w świecie, który nie oferuje taryfy ulgowej. Nie ma tu spektakularnych zwrotów akcji, ale jest uczciwa, czasem surowa refleksja nad ceną niezależności i wolności. To lektura wymagająca cierpliwości, ale satysfakcjonująca dla tych, którzy lubią klasykę. „Profesor” nie zachwyca rozmachem, lecz intryguje szczerością i psychologiczną precyzją. I choć momentami potrafi zmęczyć, pozostawia po sobie całkiem przyjemne wrażenie.
Anna Wasyliszyn
Charlotte Brontë, „Profesor”, Wydawnictwo MG, Kraków, 2026.
Komentarze