W Bradfield umiera Robbie Bishop, najlepszy zawodnik drużyny futbolowej. Gdy wszystkie poszlaki wskazują na morderstwo, sprawa trafia do nadinspektor Jordan, którą dzielnie wspiera profiler, Tony Hill. To on pierwszy wysnuje hipotezę, że Robbie, nie jest pierwszym przypadkiem otrucia toksyną. Śledztwo zatoczy szerszy krąg i tylko żmudna praca policjantów, oraz niebywałe szczęście, pozwoli podążyć śladami mordercy. Sprawie nie pomoże też fakt, że w tym samym czasie, w Bradfield, dojdzie do ataku terrorystycznego. Czy te dwa zdarzenia mają coś ze sobą wspólnego, czy są tylko zbiegiem okoliczności? Czy teoria Tony`ego okaże się słuszna i Carol odnajdzie inne ofiary?
Recenzowanie powieści Val McDermid jest szalenie nudne, gdyż kolejny raz trzeba napisać to samo. Najnowsza bowiem część przygód Tony`ego Hilla i Carol Jordan, to jeszcze jeden koronny dowód na to, że niektórzy pisarze potrafią utrzymywać wysoki poziom, pomimo upływu czasu. Wobec powyższego zmuszona jestem ponownie pochwalić autorkę „Trującego ogrodu” za nieograniczoną niczym wyobraźnię, skłonność do komplikacji oraz niechęć do szczęśliwych zakończeń miłosnych.
Tym razem jednak, oprócz tradycyjnych pochwał, postanowiłam doszukać się jakichś uchybień. Choć „Trujący ogród” jest naprawdę dobrym wzorcem dla twórców kryminałów (szczególnie serii), niemniej jednak i tu zdarzają się pewne wpadki. Tym, czego nie ustrzegła się Val McDermid w ostatnich trzech powieściach, jest obsesyjne nieomal angażowanie głównych bohaterów w bezpośrednią relację z mordercą. Mało to wiarygodne i wymagające dużych manewrów pisarki, by historia nabrała charakteru rzeczywistych zdarzeń.
Również irytująca dla czytelnika może być nadmiernie komplikowana relacja pomiędzy Tony Hillem oraz Carol Jordan. Trudny do zdefiniowana związek, który nie wiadomo w jakim stadium jest, bądź był, w zależności od części serii, nie daje spokoju obojgu, a tym samym nam, którzy raczeni jesteśmy z dość dużą częstotliwością przemyśleniami typu „ach, co dalej z nami będzie?”.
Trzecim i ostatnim aspektem, do którego mogę się przyczepić, jest dość duże poleganie na przysłowiowym szczęściu w prowadzeniu śledztwa, a nie na rzetelnej pracy śledczych. Nie umniejszając oczywiście ich zasług, muszę przyznać, że 80% sukcesów zespołu Carol Jordan, to poleganie na skomplikowanych procesach myślowych profilera.
No cóż, nie są to z pewnością mankamenty, dla których ktoś chciałby zrezygnować z lektury „Trującego ogrodu”. Nie można bowiem zapomnieć, że jest to jednak przede wszystkim świetnie skonstruowana zagadka, barwne postacie, zaskoczenie, oraz przystępny język, które razem zebrane dają bardzo pozytywny efekt.
Ewa Podleśna-Ślusarczyk
(ewa.podlesna@dlalejdis.pl)
Val McDermid, „Trujący ogród”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013
Komentarze