„Prowincja pełna złudzeń” – recenzja

Recenzja książki „Prowincja pełna złudzeń”.
Czasami nasze życie wydaje się być jednym wielkim złudzeniem, które umyka w popłochu przed rzeczywistością. Niekiedy jednak to złudzenie jest właśnie siłą, zwłaszcza w prowincjonalnym świecie.

Ludmiła ma za sobą rozwód, śmierć drugiego męża, który prowadził podwójne życie z inną rodziną, a także pisanie i promowanie swoich książek oraz prowadzenie Baby Jogi. Gdy wydaje jej się, że sytuacja już się ustabilizowała, a ona sama znalazła schronienie u boku ukochanego mężczyzny – wszystko, w co dotychczas głęboko wierzyła, okazuje się być złudzeniem. Bolesne rozstanie i jeszcze boleśniejsze jego następstwa chcą pogrążyć Ludmiłę w zadumie, ona jednak, zamknięta w swoim prowincjonalnym świecie pełnym jogi, rozmyślań, szeptunek i obowiązków nie ma czasu na to, aby czymkolwiek się załamywać. O odkrytych złudzeniach przypomina jej tylko ból serca… Czy sytuacja zdoła się odmienić?

Na początku przyznać muszę szczerze dwie rzeczy: przede wszystkim to moje pierwsze spotkanie z twórczością Katarzyny Enerlich. A po drugie… po przeczytaniu kilkunastu stron w mojej głowie przewijała się myśl, że w tej książce nie ma przecież żadnej akcji! I faktycznie, aż do końca akcja gubi się gdzieś pośród innym aspektów tej literackiej przygody. Cała powieść przypomina mi raczej zlepioną z wielu opowieści książkę z elementami traktatu filozoficznego i poradnika kucharskiego. Brzmi strasznie? Pewnie też tak bym myślała, i takie było na początku moje odczucie. Człowiek jednak ma to do siebie, że czasem zmienia zdanie, a wówczas potrafi się do tego szczerze przyznać. Więc i ja przyznaję, że Katarzyna Enerlich w dziwny, sobie tylko znany sposób omotała mnie zupełnie swoją prowincjonalną opowieścią.

„Prowincja pełna złudzeń” dobrze wpisuje się w konwencję książki obyczajowej, aczkolwiek brak wartkiej akcji dla kogoś, kto ją lubi i do niej przywykł, może być dezorientujący a nawet – męczący. Niemniej, w swojej książce Katarzyna Enerlich zawarła przekazy z różnych stron Polski i z różnych, kobiecych historii, dzięki czemu, zamiast poznawać losy tylko jednej Ludmiły, zapoznajemy się z opowieściami najróżniejszych osób. Sporo gawędy i retrospekcji sprawia, że książka zdecydowanie nie jest monotonna.

Postać Ludmiły nie od razu przypada do gustu. Najpierw poznajemy ją bowiem w okolicznościach, które niekoniecznie stawiają ją w doskonałym świetle. Z czasem jednak uspokajające myśli bohaterki wpływają i na czytelnika, wyzwalając w nim nie tyle zadumę, ile sentyment do prowincjonalności. Doskonała wyobraźnia i opisowość, która nie nuży, a przypomina raczej przekazywane z pokolenia na pokolenie recepty na szczęśliwe i spokojne życie, z pewnością potrafi zadowalać czytelników lubiących estetyczne opowieści.

Książka Katarzyny Enerlich przede wszystkim bardzo wycisza. Nawet jeśli z zasady porzucamy książki, które niekoniecznie wciągną nas od razu, to w tym przypadku jakaś siła nie pozwala nam odejść od lektury. I dobrze – z każdego kolejnego rozdziału, który wydaje się raczej urywaną opowieścią niż jednostajną fabułą, możemy wyciągnąć coś innego. A potem spoglądamy w zasoby internetowe i ze smutkiem stwierdzamy, że opisywana w książce Baba Joga niestety nie istnieje…

Paulina Grzybowska
(paulina.grzybowska@dlalejdis.pl)

Katarzyna Enerlich, „Prowincja pełna złudzeń”, Kraków, Wydawnictwo MG, 2015



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat