Prowincjonalna paniusia i jej opowieści

Recenzja książki „Paniusia”.
Paniusia i jej przyszły mąż poznali się w wyniku niemal filmowego zdarzenia.

Napadnięty przez bandytów brat Paniusi, nie poradziłby sobie sam, gdyby nie interwencja wracającego z pracy dorożkarza. Nie dość, że uratował nieszczęśnika, to jeszcze odprowadził go i jego siostrę do domu. Zapatrzony w piękną dziewczynę, zebrał się na odwagę, by poprosić ją o rękę.

I tak wiedli spokojne, prowincjonalne życie w małej, górskiej mieścinie, nie mogąc jedynie doczekać się potomstwa. W końcu po kolejnej nieudanej próbie zdecydowali o adopcji córki dalekiej kuzynki, która zmarła przy porodzie. W tych trudnych chwilach, gdy małżeństwo po raz kolejny przeżywało ból niemożności posiadania dzieci, wspierał ich pan Stanisław. Przypadkowo poznany, wrósł w życie Paniusi i jej męża i stał się nieodłącznym towarzyszem pogaduszek i wspomnień.

Konstrukcja powieści „Paniusia” opiera się na wpisaniu w jedną rzeczywistość kilku opowieści. Gdy wraz z bohaterami siedzimy przy drewnianym stole w kuchni ich wiejskiego domku, słuchamy nie tylko opowieści o życiu Paniusi i jej męża. Pan Stanisław, potężny wzrostem, lecz bardzo nieśmiały, powoli zaczyna opowiadać wdzięcznej słuchaczce o trudnych doświadczeniach ze swojego życia. Jednak tak naprawdę kolejne przeprowadzki w jego przypadku były tylko ucieczkami przez samotnością, rozczarowaniem, bólem.

Oszukiwany przez osoby, które kochał, zawiedziony niepowodzeniami i wciąż poszukujący swojego miejsca na ziemi pan Stanisław jest zdecydowanie najciekawszym bohaterem powieści Lech. Jego postać, utkana z najboleśniejszych, najtrudniejszych przeżyć stanowi oparcie dla Paniusi, która po kolejnych nieudanych ciążach w końcu zaznaje macierzyństwa. Przy takiej córce jak Mania przybrana matka musi naprawdę bardzo mocno trenować swoją cierpliwość i matczyną wyrozumiałość.

Historia Mani to trzecia opowieść zawarta w jednej książce. Jej próby podboju Ameryki i doświadczenia związane z odkrywaniem nowego kontynentu, a przy okazji poznanie wyjątkowego rodaka to kanwa tego, o czym pisze w listach do stęsknionej matki wygnana za ocean Mania. Gdyby nie list z zaproszeniem i rodzicielska chęć pozbycia się natrętnego, mułowatego adoratora córki, prawdopodobnie życie młodej dziewczyny nie wyszłoby poza ramy rodzinnej wioski.

Niestety, dość ciekawa, wielowątkowa fabuła wiele traci, ponieważ całość napisana jest fatalnym stylem. Błędy, które nie powinny pojawiać się w rozprawkach szóstoklasistów, tutaj są na porządku dziennym. Poprosiłam o weryfikację stylu „Paniusi” znajomą polonistkę, która złapała się za głowę i z niedowierzaniem powiedziała: „co za bełkot!”. I, niestety, taki jest właśnie styl „Paniusi”. Podobnie jak w przypadku powieści „Prowincjuszka?” Lech wykazała się wręcz koncertową nieznajomością podstawowych zasad konstruowania tekstu w języku polskim. To przykre, że literatura, która powinna być ostoją poprawności językowej, schodzi do poziomu dwójkowego wypracowanie podstawówkowicza, ewentualnie grafomańskiej nastolatki.

Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)

Lucy Lech, „Paniusia”, Warszawska Firma Wydawnicza, Warszawa 2012



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat