Nie mam tu wcale na myśli sztywnej okładki wydawniczej, lecz ciężkie ramy historii dla głupkowatego portretu głównej postaci. Prolog cieniutkiej książeczki ze starodawną obwolutą przedstawia nam dwie wersje jej genezy. Pierwsza z nich głosi, że młoda Kossakówna („po tatce”) niemałą miała główkę do biznesu i nosa do zarabiania łatwych pieniędzy, więc przy ówczesnych wydarzeniach postanowiła czym prędzej stworzyć lekką historyjkę, która mimo podniosłości wydarzeń nie jest zbyt ciężka i przytłaczająca. Druga wersja mówi, jakoby „Kartki … „ powstały przy udziale drugiej panny Kossak, Lilki, z powodu lekkomyślności obu próżnych panien. Spieszę z wyjaśnieniem. Młode panienki z bogatego domu, bez krzty pomyślunku wydają własne pieniądze, które miały się skończyć i zostawić je w finansowej matni, bez większych opcji na poprawę. Tutaj na ratunek siostrzyczkom przybywa wieloletni przyjaciel Marian Sztajnsberg (księgarz i wydawca), który zleca im napisanie satyry opisującej warszawskie wydarzenia roku 1926. Warunkiem było niemal natychmiastowe sporządzenie maszynopisu, który zrodzić miał się .. w jedną noc. Siostry podjęły wyzwanie.
Wróćmy do książki. Jeśli zleceniem faktycznie miała być satyra, to trzeba przyznać autorce order. Zresztą, nawet jeśli to cudeńko napisała bez owego zamysłu i tak należą się oklaski. Już sam wstęp, przedstawienie postaci, z której punktu widzenia poznamy Warszawę w maju 1926, jest komiczny. Mimi vel Bączkowska jest Polką, ma lat „powiedzmy dwadzieścia”, starszego męża francuskiego pochodzenia, który jest bankierem i nazywa się Armand Bigourdan. O Mimi pisać można by wiele, najprościej i najtrafniej jednak można określić ją próżną trzpiotką, której funkcja na świecie jest stricte estetyczna (sama pisze zresztą : „I jestem, co tu dużo gadać, śliczną blondynką.”). Od takich prostych, bezceremonialnych stwierdzeń roi się w książce. Piękne kontrastowe zestawienia powagi wydarzeń z własnym egocentryzmem, rozbrajają czytelnika, który w jednej chwili ma ochotę śmiać się w głos, w drugiej zaś załamać ręce nad stworzeniem pokroju Bączkowskiej. Mimi uchyla dyskretnie firanki, obserwując grad kul, za chwilę przegląda się w lustrze i oznajmia rozbrajająco: „ślicznie mi w tej koszuli”. Mnogość takich sytuacyjnych komizmów i językowych kwiatków nie może pozostać obojętna. A przynajmniej mi. Weźmy na przykład: „Nie chcę dostać balkonem w głowę, bo rozburzyłoby mi włosy, a właśnie wyszłam od fryzjera”. Całości humoru dopełnia fakt, że nasza laleczka nie domyśla się, co się dzieje. Szereg wypadków przypisuje wojnie z Niemcami, nie mając pojęcia o aktualnej sytuacji politycznej, Piłsudskim, Witosie i innych. Późniejsza świadomość faktów na niewiele się jednak zdaje, o ile skomentowana zostaje: „wojna domowa, a co domowe, zawsze dobre”, czy : „[kraj] będzie kiedyś dzielnie odpierać wrogów, skoro się tak wprawia sam na sobie”.
Lekka tonacja, która mimo wszystko jest podszyta niezbyt szczęśliwymi wydarzeniami (podczas puczu zginęło ok. 400 osób), pozwala nam dowiedzieć się więcej, zmniejszyć granice własnej ignorancji (wątpię, czy sięgałyby aż do poziomu Mimi), a przede wszystkim uzyskać dokładny wizerunek Warszawy podczas ostrzału. Główna bohaterka, mimo IQ odwrotnie proporcjonalnego do samooceny, potrafi stworzyć dobry obraz maja 1926 roku. Trzy doby nieszczęsnych wydarzeń są faktycznie gdzieś bliżej, gdzieś niedaleko widzimy Bristol, Koszykową czy Belweder, którymi przechadza się trzpiotka ze swoim talizmanem, Kaziem-fajtłapą.
Uwieńczeniem historyjki jest dopisana w latach późniejszych część „Trudności z doktorem”, gdzie postawiona diagnoza to właśnie (jak się pewnie zdążyliśmy domyślić) zanik mózgu oraz hiperestezja, których nieodłącznym towarzyszem jest w mniemaniu Mimi dalekosiężny ból istnienia jednostki odmiennej niż wszystkie. Wbrew wszelkim oczekiwaniom nie ma doktorek lekarstwa na samobójstwo, nie potrafi też docenić indywidualizmu istoty jedynej na świecie. Sztuczny patos i cierpienie żeńskiej wersji Wertera, powala na łopatki. Metaforyką choćby („ O rozkoszny przewrażliwy instrumencie, o nerwach jak złote struny naderwane”). Ciągła konfrontacja przeciwieństw jest u Samozwaniec tak urocza, tworzy kolorowy warkocz wydarzeń, dwupłaszczyznowo prowadzi akcję – przewrót majowy vs. spostrzeżenia młodej gąski.
Także końcowy komentarz Jana Wróbla uzupełnia nasze braki wiedzy historycznej. Rysuje problematykę wydarzeń, ulubione licealne „przyczyny, przebieg i skutki”, a ponadto subtelnie komentuje główną postać.
W obliczu powyższego, czy muszę zachęcać?
Natalia Kędziak
(natalia.kedziak@dlalejdis.pl)
Magdalena Samozwaniec, „Kartki z pamiętnika młodej mężatki”, W.A.B. 2011
Komentarze