„Przeklęty seans” - recenzja

Recenzja książki „Przeklęty seans”.
Tajemnicza przeszłość i makabryczna teraźniejszość spotykają się we współczesnym Edynburgu.

Chyba wszyscy znamy sytuację, w której książka dobrze się zaczyna; wciągamy się w intrygę, nawiązujemy nić sympatii z postaciami, pisarz wydaje się zręcznie operować językiem, sprawnie łącząc pozornie odległe tematy, a mniej więcej w połowie wszystko zmienia się o 180 stopni i odkładając ją na półkę, pozostaje nam jedynie poczucie zmarnowanego czasu. Tak w moim przypadku było z „Przeklętym seansem”.

Głównym bohaterem jest poszukiwacz artefaktów związanych z kinem Alex Whitman. Bajońskie sumy zarabia dzięki swemu zleceniodawcy Valdano. Jednak ich relację, delikatnie mówiąc, ciężko uznać za zdrową, o czym dobitnie przekonujemy się już w pierwszym rozdziale, a to dopiero przedsmak tego do czego zdolny jest bogaty, amerykański kolekcjoner. Drugim źródłem dochodu i satysfakcji jest prowadzony wraz z zaufanym przyjacielem Charliem sklep dla kinomaniaków o jakże zachęcającej nazwie „Krypta”. Prywatnie Whitman jest w rozsypce. Pogrążony w samotności rozwodnik pomimo upływu czasu wciąż nie może pogodzić się z faktem, iż nigdy więcej nie zobaczy swej kilkuletniej córeczki, która zaginęła podczas spaceru w Edynburgu. Traumatyczne wspomnienia i nawracające wizje dziecka sprawiają, że Alex najchętniej nigdy by tam nie wrócił, jednak nie ma wyjścia, gdy dostaje od Valdano propozycję nie do odrzucenia. Tym razem jego zadanie ma polegać na odnalezieniu pierwszego filmu w historii pt. „Séance Infernale” (tak brzmi również oryginalny tytuł powieści). Taśmy przepadły wraz z twórcą Augustinem Sekulerem, gdy ten wybrał się w podróż pociągiem z Dijon do Paryża, gdzie miał się odbyć ich publiczny pokaz. W toku śledztwa wychodzi na jaw, iż postać niedocenionego dziewiętnastowiecznego pioniera kinematografii  jest powiązana z serią morderstw i porwań dziewczynek od ponad dwudziestu lat nękającą szkocką stolicę.

Jak wspomniałam we wstępie, początkowo Jonathan Skariton całkiem nieźle radzi sobie z łączeniem wątku rodzinnego, kryminalnego i filmowego. Pierwszy z nich uczłowiecza protagonistę żyjącego z naciągania naiwnych, a przynajmniej niezdających sobie sprawy z wartości posiadanych przedmiotów ludzi. Kolejny, tradycyjnie najbardziej mnie interesujący, wprowadza sporą dawkę emocji, choć niejednokrotnie odstręcza przerażającymi, a dla wrażliwszych czytelników być może zbyt szczegółowymi, opisami. Ostatni dodaje całości szczypty oryginalności - jakby nie patrzeć, niecodziennie do odnalezienia sprawcy bestialskich zbrodni potrzebna jest znajomość procesu produkcji filmowej. 

Niestety, z czasem te proporcje zostają zaburzone, wkrada się ogromny chaos, a wielowątkowość z zalety przeradza się w największą bolączkę „Przeklętego seansu”. W natłoku pościgów, strzelanin, szyfrów, tajemnych przejść i stowarzyszeń zatraca się nie tylko logika (bohaterowie i rozwiązania miejscami dosłownie biorą się znikąd), ale również ludzki wymiar opowiadanej historii. Melodramatyczny finał wręcz ociera się o pastisz, a obiecujące rozpoczęcie sugeruje, że chyba jednak nie taki był zamysł debiutującego autora. Pozostaje liczyć, że pan Skariton wyciągnie odpowiednie wnioski i w swej następnej książce włoży tyle samo wysiłku zarówno w kreatywną wizję, jak i jej sukcesywne przelanie na papier.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

Jonathan Skariton, „Przeklęty seans”, Warszawa, Wydawnictwo Czarna Owca, 2018 r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat